Dream it, wish it, do it

Zdałam! Zdałam, zdałam, zdałam! Za trzecim, ale zdałam! Świat od razu stał się piękniejszy i jakiś taki lżejszy. Zrzuciłam z siebie przygnębiające myśli i poszłam tam do tego WORDu z ogromną nadzieją, że już więcej tu nie wrócę. Ten termin był szczególnie wyjątkowy, gdyż w tym samym dniu, zaraz po mnie egzamin miała Przyjaciółka. Kciuki trzymałam za nas obie i byłam jakoś wewnętrznie przekonana, że dziś się uda! To musi być ten dzień. Dwa pierwsze podejścia oblałam na łuku. Tym razem łuk strzeliłam zarąbisty. Prawie ścięłam pachołek i już myślałam, że będę musiała poprawiać, ale w porę z impetem wcisnęłam hamulec. Bałam się ruszania z ręcznego, ale też jakoś poszło. W głowie miałam zakodowane, że 'sprzęgło w górę - gaz w dół' no to pocisnęłam tym gazem, aż zawyło. Jazda po mieście moim zdaniem poszła mi rewelacyjnie. Nigdy przedtem tak dobrze mi się nie jeździło. Egzaminator był trochę zrzędliwy i pośpieszał mnie przy ruszaniu, bo (tak, wiem) schodzi mi z tym trochę, ale brawurowym kierowcą jeszcze nie jestem. Krążyłam koło tego WORDu w te i we wte. I myślałam sobie "Zaraz tam wjedziesz. Tylko tego nie zepsuj!" No i wjechałam. "No, dynamiki jazdy to u pani nie ma, ale pozytywny" usłyszałam na koniec. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. 
Kiedy wysiadałam z samochodu gotowa obwieścić światu wesołą nowinę, na mnie czekała już Przyjaciółka 2. Nie spodziewałam się, że przyjdzie. Zrobiła mi ogromną niespodziankę, więc padłam jej w ramiona i podskakiwałam przez chwilę na oczach zestresowanych kandydatów, czekających na swój egzamin. Radość była podwójna, kiedy okazało się, że Przyjaciółka 1 także zdała egzamin! Kamień spadł mi z serca i wtedy już mogłam świętować na całego!

Przed pierwszym egzaminem postanowiłam sobie, że jeśli zdam to uczczę, to skromnym upominkiem. A co! Od czasu do czasu można się porozpieszczać. Od jakiegoś czasu miałam w planach kupno kilku rzeczy, więc w końcu nadarzyła się idealna okazja! Zegarek, okulary przeciwsłoneczne, szminka i książka, czyli to, co Monia lubi najbardziej. A że lubi też imprezować z przyjaciółmi, to na weekendzie zorganizowaliśmy sobie zakrapiane piżama party z Kacprem Rucińskim i Monopoly w rolach głównych. Bo za wszelkie sukcesy mniejsze, czy większe trzeba się nagradzać. Dla kogoś może to być zwyczajne "Dobra robota", a dal mnie nagrodą jest szminka, okulary i zegarek, albo po prostu towarzystwo przyjaciół. 
Czytaj więcej >

Marsjanin, czyli jak być samowystarczalnym

   Wyobraź sobie, że pewnego słonecznego dnia budzisz się na pustkowiu pokrytym piachem. Nie, to nie pustynia. Temperatura jest znacznie poniżej zera, bo aż –63 °C. Jeszcze nie zamarzłeś, bo masz na sobie termoodporny skafander. Leżysz w piachu, cały obolały. Czujnik tlenu przypomina o jego poziomie krytycznym, piszcząc w niebo głosy. Ostatkiem sił podnosisz się, stajesz na nogi i z rozczarowaniem stwierdzasz, że źródłem bólu jest drut w Twoich jelitach. Gorzej być nie może? Może. Wola przetrwania skłania Cię do odnalezienia towarzyszy podróży, ludzi, jakiejś żywiej duszy, kogokolwiek, Ogarnia Cię gorycz i frustracja, bo nagle zdajesz sobie sprawę, że nie ma przy Tobie nikogo. Jesteś sam. Na Marsie. 

   Tak zaczyna się historia Marka Watneya, którego kompani pozostawili samego na Czerwonej Planecie. Byli oni zmuszeni do ewakuacji, podczas kiedy nieprzytomny Mark leżał między pisakowymi wydmami. Ratowali własne życie z przekonaniem, że ich przyjacielowi nie można już pomóc. Watney jednak ratuje się sam. Dociera do habu - kosmicznego domu i zaczyna myśleć, planować, liczyć, budować i żyć po marsjańsku. Nie chciał umrzeć, chociaż był przygotowany na śmierć. Wola walki i siła przetrwania zmuszała go do działania. Dzięki wiedzy znalazł sposób na komunikację z Ziemią i posadzenie ziemniaków. Jak widać, w sytuacjach kryzysowych. niemożliwe staje się możliwe. Mark kombinuje, pracuje i robi co się da, by przerwać każdy kolejny dzień. Los nie jest dla niego łaskawy i często psuje mu plany. Mark wysadza hab w powietrze, poprzez jego eksperymenty pęka śluza, która daje mu przetrwanie, traci kontakt z NASA a pewnego dnia (czy raczej sola) wjeżdża łazikiem w sam środek piaskowej burzy. Niejeden z nas wolałby otworzyć skafander i udusić się na miejscu, ale nie on. Pomimo beznadziei sytuacji żarciki trzymają mu się głowy. Zamiast zamartwiać się brakiem jedzenia, Mark ma satysfakcję z życia, bo jest pierwszym człowiekiem, który posadził ziemniaki na Marsie. Pierwszym, który na Marsie zmodyfikował pojazd w dom, pierwszym, który przeżył tam 687 soli i pierwszym, który zrobił tam wszystko po raz pierwszy.


Czy przeżył? Zaspojleruję Wam, że tak, ale tylko i wyłącznie dzięki poświęceniu przyjaciół. Na pierwszy rzut oka, on i jego załoga nie byli ze sobą emocjonalnie związani. Ot przypadkowi ludzie, wybrani przez NASA i wyrzuceni w kosmos. Jak się okazało, na pastwę losu. Kiedy Mark został sam na Marsie, oni myśleli, że zginął, że nie żyje. I dla swojego dobra, byli gotowi w to uwierzyć. Być może było im tak łatwiej. Ich postawa zmienia się radykalnie, kiedy wszyscy dogadują się prawdy. Są w drodze do domu, od dawna nie widzieli swoich rodzin, żon, dzieci. Nie spali normalnie, nie oddychali ziemskim powietrzem, ale rezygnują z tego i odwlekają w czasie powrót na Ziemię, by wrócić na Marsa, bo zostawili tam kumpla. Jednego ze swoich.
Samowystarczalność
Niekiedy jest to tylko marnowanie energii
Wedle przysłowia, kto ma wielu przyjaciół, ten nie ma żadnego, ludzie powinni się izolować. Po co się starać, zabiegać o czyjeś względy, utrzymywać kontakty, skoro nasze zamiary i tak nie przyniosą nic dobrego? Prawdopodobnie, niezależnie od tego, co się stanie, w efekcie czeka nas rozczarowanie, złość i kłótnie. Niemniej jednak ludzie rezygnują z własnego dobra i łączą się w pary, trójkąty, grupy. Co nas skłania do wyrzeczenia się prywatnej korzyści w postaci świętego spokoju i szczęśliwej starości na rzecz kilku chwil przy boku innych osobników?

Nikt nie lubi samotności
Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać
To prowadzi do rozczarowań

        Ostatnimi czasy było jakoś tak niespokojnie. Niby nic się nie zmieniło, ale czułam, że stracę punkt oparcia. Grunt umywał się spod nóg. Z każdym krokiem, stąpałam coraz nie pewniej i łapałam się najbardziej absurdalnych rzeczy, żeby tylko nie utopić się w oceanie irracjonalnych myśli. To błędne koło, a ja bałam się, że wkrótce z niego wypadnę.
     Krąg mojej przestrzeni ciągle się pomniejszał. I co z tego, skoro nie potrzebowałam jej aż tyle? Wystarczył skrawek. Wystarczyło, że mam gdzie spać. Pokój 4 x 4, szare ściany ze zdjęciami, które przypominają wyblakłe wspomnienia. To już nie to, co dawniej. Dawniej to nie to, co teraz. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, ale wspomnienia nigdy. Łóżko, w którym marzłam nocami, było najprzytulniejszym miejscem na świecie. Spędzałabym w nim całe dni, lecz wtedy za dużo czasu poświęcałabym myśleniu. Coś zmuszało mnie jednak do normalnego funkcjonowania. Może nadzieja, ale na co? Może świadomość, że jak coś ze sobą zrobię, będzie lepiej. Może lęk przed samotnością. Nocami nie spałam dobrze, nad ranem nie mogłam wstać. Pytali, dlaczego mam podkrążone oczy? Pewnie Dlatego.
      W szkole jeszcze jakoś leciało. Zadziwiające jak przy ludziach łatwo jest się uśmiechać. To wszystko wokół, te książki, te zapiski, te złote myśli były niczym, kiedy człowiek nie ma się z kim tym podzielić. Tracą sens, tracą na wartości. W takie smutne dni nawet słońce mnie nie cieszyło. Wolałam, kiedy padał deszcz.
      Póki co osiągnęłam swoje wszystkie cele. Sama, bez niczyjej pomocy, ale z ogromnym wsparciem! Wspaniali są ci, którzy wierzyli we mnie do końca. Dzięki temu sama w siebie uwierzyłam. Moja pewność siebie szybko jednak prysła. Uleciała gdzieś i to tak nagle, jak powietrze z niezawiązanego balonika. Hen daleko.

Nie kilometry dzielą ludzi, lecz obojetność

    Czułam, że coś pomału zostaje mi odebrane. Trzymam to mocno, ale brutalność słów, tych niewypowiedzianych także, nie zna granic. Złość zakrywa dobro. Skąd ona się bierze? Skąd tyle nienawiści i negatywnych emocji? Skąd zwątpienie? Dlaczego krzyczę, milcząc? Dlaczego odwracam wzrok? 
         Bo nie chcę patrzyć, jak odchodzi kawałek mnie.
       Zrozumiałam ostatnio. Za bardzo przywykłam. Przyzwyczajenie jest czymś złym. Daje pewną granicę luzu, zaufania, pewności, że ktoś zawsze jest, szczególnie kiedy potrzebujemy go najbardziej. Gorzej, kiedy go nie ma. Co wtedy? Zawód i rozczarowanie? Kim? Sobą? 
      Nie powinnam się przyzwyczajać, a jednak stało się. I kiedy to się stało, zrozumiałam, że nie powinno się to stać. Moje już nie jest moje. Tak dobrze znane jest mi nieznane. Bliskie jest mi obce. To właśnie tracę. To zostaje mi odebrane, bo obojętność siedziała w mojej głowie. Nie wiedziałam jak się wtedy zachować. Panikowałam, robiłam się niespokojna, podejrzliwa, zazdrosna, płaczliwa, zła. 
      Już wkrótce stracę, to znowu. Tym razem na dłużej. Prześladowało mnie widmo samotności. Próbowałam żebrać o czas. Niegdyś byłam rozpieszczana. Teraz nie rozumiem, z jakiego powodu zeszłam na dalszy plan. Co mnie tam spycha i dlaczego to coś jest ważniejsze? Ja też chciałam się pożegnać, ale w moim przypadku pożegnanie to proces. Nie potrafię tego załatwić na raz. Było mi przykro, ale chciałam się jeszcze nacieszyć, póki mogę. Tylko że nie mogę. Wiem, że wszystko wróci do normy dopiero za kilka miesięcy. O ile w ogóle. A może tak ma być? Może tak ma wyglądać moje życie? Ciągła niepewność, strach o przyszłość, bezustanne czekanie na swoją kolej?

Ludzie będą Cię ranić, ale nie możesz używać tego jako usprawiedliwienia do robienia im tego samego

       Posunęłam się do tego. Nie myślałam, że jestem do tego zdolna, ale stało się. Zdradziłam sama siebie. To była najdłużej nieprzespana noc. od kiedy pamiętam. Szarpały mną sprzeczne emocje, ale wtedy czułam się spokojna. Teraz już się tak nie czuję. Rano dotarło do mnie. co zrobiłam. Od tej pory jest mi siebie żal. Nawet na sobie nie mogę polegać. Oto co robi ze mną samotność. Desperacja? Tęsknota? To nie jest wytłumaczenie. Nie mogę się tym usprawiedliwiać. Trudno. Stało się i jedyne co mogę zrobić, to starać się to sobie wybaczyć, a szkody wynagrodzić światu.  
     Kiedy spadam w dół, są dwie osoby, które ciągną mnie ku górze. Obydwie są po mojej stronie, ale różni je sposób przywracania mnie do rzeczywistości. Podczas kiedy czuję się jak stara niepotrzebna szmaciana lalka, porzucona gdzieś na strychu, jedna z nich podnosi mnie, otrzepuje z kurzu, przytula i ociera mi łzy. Druga osoba działa całkowicie inaczej. Wylewa mi na głowę kubeł zimnej wody i perfidnie ucieka z ręcznikiem, ażeby mój błąd nie spłynął po mnie. jak po kaczce, bez wyciągnięcia żadnych wniosków. Wiec trzyma mnie za twarz i każe patrzyć na skutki mojej głupoty.


Dobrze, że jesteście
Już się bałam, że do końca życia będę niczyja

    Ostatnio będąc z klasą na kręglach, razem z przyjaciółką zwróciłyśmy uwagę na pewien ważny element. Wszyscy byli podzieleni na 4 tory po około 5/6 osób. Niby w mojej klasie nie ma grupek, ale na pierwszy rzut oka widać, kto z kim się lubi mniej, czy bardziej. Dobraliśmy się świadomie, więc przy naszym torze znaleźli się stali kompani. Czy to w szkole, czy po lekcjach. Jakoś tak się utarło, że nasz piątka trzyma się razem. Mimo że jesteśmy, jacy jesteśmy. Zakochańcy stale w siebie wpatrzeni. Chłopcy cyniczni, zbyt pewni siebie i nieumiejący przegrywać + ja, egoistyczna, czepiająca się szczegółów, wszystko wyolbrzymiająca. Każdy z nas jest inny, ale dogadujemy się niezawodnie. Mimo że zakochańcy są nierozłączni, zawsze można z nimi szczerze pogadać. Mimo że Paweł jest szczery aż do bólu, zaszczytem jest usłyszeć od niego, coś pozytywnego na swój temat. No, a Nazar chyba nie potrafi się gniewać. Nie raz i nie dwa nazwałam go kretynem, nabijam się z niego i rzuciłam w niego moją 10- kilogramową torbą, wylewając mu pół kawy. Przynajmniej się nauczył ustępować mi miejsca na ławce.
    Na torze obok grali chłopcy. Klasowe vipy jak im się pewnie wydaje. Typowe cwaniaczki. Fajni są i bardzo pozytywni, ale z nimi chyba nie potrafiłabym normalnie pogadać. Zastanawiam się, czy oni potrafią? Tak między sobą, jak dobrzy kumple, na jakich pozują. Ciekawe, czy wychodzą gdzieś po szkole, z wyjątkiem wypadów na piwo? Czy umawiają się w weekendy, nie tylko do klubu? Tak zwani przyjaciele od kieliszka. Zastanawiam się, czy kiedy skończymy szkołę, będą utrzymywać ze sobą kontakt, spotykać się? Czy powiedzą sobie chociaż cześć na ulicy?
 - Popatrz na nich. Są tacy sztuczni. Jak jednemu z nich będzie działa się krzywda, reszta nawet nie zwróci na to uwagi. Odwrócą się plecami, bo tak im będzie wygodnie. My to co innego. Gdyby którekolwiek z was miało skoczyć w ogień, trzymałabym was rękami i nogami. Albo skoczyłabym z wami. 
Miłość niesie ze sobą wielkie szczęście
O wiele większe od bólu, który niesie tęsknota

Chyba właśnie dlatego ludzie rezygnują z wygodnej samotności. Bo jednak warto mieć świadomość, że jest się dla kogoś ważnym. Warto być z kimś blisko i wiedzieć, że ktoś na Ciebie czeka, martwi się, wspiera Cię całym sercem. Cieszy się z Twoich sukcesów, smuci się, kiedy jesteś smutny. Warto mieć z kim pogadać o pierdołach i rzeczach ważnych. Mieć przy sobie ludzi do tańca i do różańca. Umieć się z nimi bawić, ale i cierpieć. Warto mieć się dla kogo poświęcać. Czekać, tęsknić. Nie móc przestać myśleć, a nawet denerwować się i wkurzać i robić awantury, żeby później móc się przytulić. Warto wywoływać uśmiech na czyjejś twarzy. Kochać. Mieć się do kogo odezwać, pisać, dzwonić, zwierzać się. Wspominać. Mieć się dla kogo poświęcać, komu pomagać, kogo pocieszać. Mieć z kim współpracować i dogadywać się bez słów. Z tym kimś planować i plany realizować. Mieć z kim spędzać wieczory, mieć się komu wypłakać i mieć kogo pocieszać. Mieć z kim marnować czas i ten czas dzielić. Mieć z kim być szczęśliwym.  
Czytaj więcej >

Baśniarz

   Problemy. Wszędzie problemy. Świat zwariował i już wszyscy widzą tylko problemy. Wyobraźcie sobie, że od podstawówki, zdaniem nauczycieli, chodzę do najgorszej klasy. Co prawda ludzie, wychowawcy, uczący, a nawet szkoła się zmieniają, ale ja, jak na dziecko szczęścia przystało, zawszę należę do tych najgorszych. Bo niegrzeczni, nie uczą się, zachowują się karygodnie, są bezczelni, nie liczą się ze słowami. Wszyscy jesteśmy wrzucani do jednego worka. Tak zwana odpowiedzialność zbiorowa. Pomału zaczynam mieć to gdzieś i odbija się to na moich ocenach. Ale to też zaczynam mieć gdzieś. Uczę się tyle, ile czuję, że muszę. Egzaminy. Na tym akurat mi zależy. Z dnia na dzień zaczynam się martwić coraz bardziej. Zmartwień zresztą mam mnóstwo, ale postanowiłam sobie nie zawracać nimi głowy. 

Nie ma tego złego, na co by ciasto nie dało rady
I wino
I przyjaciółka
I soczyste kurwa mać
   Tak więc z płaczliwej pesymistki, przybrałam postać społecznie zadowoloną z życia i nie pozwolę, by jakiś zrzędliwy nauczyciel podburzył moje fundamenty optymizmu. Do tego wszystkiego dochodzi egzamin na prawo jazdy. Zastanawiam się po jaką cholerę zaczęłam w ogóle brnąć w to bagno i kurde nie wiem, Ale wydałam już niemałą sumkę na ten cały kurs, egzamin teoretyczny i dwa praktyczne, no to się nie poddam heloł! Z każdym kolejnym razem będę silniejsza emocjonalnie, bo co jak co, ale oblać dwa razy na łuku i pogodzić się z tym faktem to nie taka prosta sprawa. Tak sobie myślę, co tym razem mogłabym jeszcze zawalić? Brak płynności jazdy już była. Na linię ponoć najechałam. Raz nie zmieściłam się w polu zatrzymania (te nieszczęsne dwa centymetry!!!) no i w ostateczności nie wszedł mi wsteczny bieg. Zostało mi jeszcze pościnać pachołki.

   Co poza tym? Egzystuję sobie pomału i spokojnie, czyli tak, jak Monia lubi najbardziej. Coś się niby dzieje, świat się kręci, ale kiedy wracam do domu, robię herbatkę i zatapiam się z książką pod ciepłą kołderką (bo na mój gust temperatura jeszcze za niska, jak na wiosnę), to wszystko przestaje istnieć. I tak leżę i czytam i nic nie robię, a czas leci. I około północy zdaję sobie sprawę, że wypada zrobić zadanie. No ale sory, nie mam zamiaru zawalać nocy i narażać się na niebezpieczne skutki niewyspania,  poświęcając się nauce. Owszem, edukacja jest ważna, ale jak to pani minister od tych spraw stwierdziła ostatnio, współczesna szkoła odbiega od światowych realiów i zamiast wychowywać, prowadzi kursy przedmaturalne. Kurs ten zacznę brać na poważnie od września. Teraz jeszcze dam sobie spokój. Tym bardziej, że średnio mi zależy na zdaniu matury. Podejdę do niej, ażeby nie żałować, ale na studia się nie wybieram, więc procenty mi wiszą i powiewają na wietrze, nie powiem gdzie.
   Taka trochę obojętna się zrobiłam na to wszystko i zastanawiam się, czy to dobrze. Ale w gruncie rzeczy po co się zamartwiać? Trzeba dać z siebie wszystko i mieć nadzieję, że to wystarczy.


Na blogu u pewnej miłośniczki książek była swego czasu ciekawa akcja. Dziewczyna postanowiła podzielić się swoją lekturą z innymi koneserami dobrych powieści i dzięki Poczcie Polskiej udostępniła ją ludziom na jakiś czas. Niedawno i ja miałam okazję zapoznać się z treścią kryminału, jakim jest Baśniarz. Przyznam się, że zanim trafiłam na jej bloga, nie wiedziałam o istnieniu takowej książki. Mam mnóstwo zapisanych tytułów na liście 'do przeczytania', lecz ten się tam nie znajdował. Cóż jednak szkodziło zaryzykować i przeczytać? Tym bardziej, że uwielbiam dostawać listy, paczuszki, a paczuszki z książkami to już w ogóle, ach. No i przeczytałam. I byłam zła i zdruzgotana. I w oczach miałam łzy. Jak można było napisać tak tragiczne zakończenie?! No ja nie rozumiem, co autorka ma w tej swojej baśniowej głowie, ale nie tak to sobie wyobrażałam.

  Jesteś z dobrej rodziny. Twoje życie jest poukładane i przyjemnie statyczne. Masz kochającą rodzinę i przyjaciół. Oddychasz krystalicznym powietrzem i nie zdajesz sobie sprawy, że gdzieś niedaleko tym samym powietrzem oddycha ktoś skrzywdzony. Ktoś kto zamiast ciepłego domu, ma zranione uczucia i tragiczną przeszłość. Ktoś kto ma na utrzymaniu młodsze rodzeństwo, bo matka nie wiadomo gdzie się podziewa, a ojcu nie można powierzyć opieki nad dzieckiem. Ty jesteś Anną, a on jest Ablem. Ablem Tannatekiem. Polskim handlarzem pasmanterią. Baśniarzem.

Pewnego dnia oba światy się splatają. Anna swoją czystością narusza tajemnicze terytorium Abla i poznaję jego dobrą stronę. Nie wie jednak, że Abel jest męską dziwką i mordercą. Sprzedaję swoje ciało i zabija żeby chronić siostrę. Jedyną mu bliską i bezbronną osobę, której opowiada baśń. Brutalną baśń o życiu i sposobie jak dopłynąć do stałego lądu.
Zakończenia nie zdradzę, ale zaspojleruję, że z tej dwójki rodzeństwa, tylko jedno do tego lądu dopłynie.

Gdyby ktoś chciał przeczytać >>klik<<
Czytaj więcej >

Tylko wariaci są coś warci

   Każdy z nas ma w sobie odrobinę dziecka. Czyż to nie wspaniałe? Dorosłość jest nudna, a dzięki nieobliczalnemu procentowi młodości we krwi stać nas jeszcze na odrobinę fantazji, zapomnienia, beztroski, szczerego uśmiechu, szaleństwa! To dzieci są najbardziej szczerymi istotami hasającymi po tej ziemi. Są bezinteresowne, wrażliwe i potrafią marzyć. Nierzadko powinniśmy brać z nich przykład. W codziennej szarości człowiek zapomina o tym co ma. Przestaje go to cieszyć. A wiecie jaki jest sekret szczęścia? 


   A mając marzenia, mamy przecież wszystko. Dziecko jak nikt inny potrafi zachwycać się najmniejszymi drobiazgami i cieszyć się chwilą! Codzienność podsuwa nam mnóstwo okazji ku temu lecz aby mogły przerodzić się w coś pięknego, nadzwyczajnego, godnego zapamiętania, trzeba podejść do życia spontanicznie.  
    Bo sekret szczęścia to workowate ogrodniczki. Wiersze Adama Asnyka i Tetmajera. To uważnie słuchać. Poprosić kogoś do tańca. Kochać swoje odbicie w lustrze. Sekret życia to chłodna strona poduszki. Okno otwarte na oścież w letnią noc. To długie rozmowy do rana. To śmiać się, kiedy jest się szczęśliwym. Płakać, kiedy jest się smutnym. Niczego nie żałować. Kochać Boga mimo wszystko. Upiec ciasteczka. Zapalić najładniejsze świece. Nigdy nie dorosnąć. Sekret szczęścia to skrzypiąca huśtawka. To zapomnieć, o co było się złym. Modlić się za innych. Pójść na spacer, gdzie tylko nogi poniosą. Kąpiele w pianie przy świecach. Flanelowa piżama. Pudełko sześćdziesięciu czterech kredek. Piosenka chodząca ci po głowie. Sekret szczęścia to sturlać się po wzgórzu. Śpiewać w deszczu. Dostawać pisane odręcznie listy. Zadawać głupie pytania. Pomyśleć życzenie na widok spadającej gwiazdy. Nie chodzić spać w złości. Prosić o pomoc. To delikatne pocałunki. Piosenki śpiewane przy ognisku. Otwarty szyberdach. Nowe skarpetki. Miseczka płatków z mlekiem. Fajerwerki. Dobra powieść na szafce nocnej. Ktoś, komu mogę się zwierzyć. Sekret szczęścia to powiedzieć 'Kocham cię'. Wkładać zdjęcia w ramki. Nowa para butów. Duże, soczyste jabłko. Przejażdżka wozem z sianem. To zadzwonić tylko po to żeby powiedzieć 'cześć'. Próbować się nie roześmiać, kiedy już i tak masz kłopoty. To idealnie dopasowane dżinsy. Zjazdy rodzinne. Adrenalina. Chodzić boso po trawie w letni deszcz. Uśmiech na czyjejś twarzy na twój widok. Traktować ludzi z szacunkiem. Sekret życia to wiedzieć, że sam spełniasz swoje marzenia. Gdy idziesz za głosem serca. Wierzysz w siebie. Gdy możesz robić to, co chcesz, wtedy, kiedy chcesz. Gdy pamiętasz, kim jesteś i  skąd pochodzisz.   
Twoje spojrzenie na świat kształtuje twoje życie bardziej niż twoje życie kształtuje twoje spojrzenie na świat. Nie masz wpływu na to, co cię spotyka, ale masz wpływ na swoją reakcję na to, co cię spotyka.

   Któż nie zna baśni Carrolla Lewisa "Alicja w Krainie Czarów" niech się lepiej nie przyznaje. Co prawda w śród dziecięcych historii, jakie zaledwie kilka lat temu czytała mi mama, opowieść ta zajmowała ostatnie miejsce wśród uwielbianych. Jakoś baśń o dziewczynie i jej schizofrenicznych snach bardziej mnie przerażała, niżeli przypadła do gustu. Fabuła denerwowała mnie od początku aż po sam koniec, kiedy to waleczna Alicja miała samodzielnie podjąć decyzję, czy chce w imieniu białej królowej zgładzić Żaberzwłoka, ale ostatecznie oczekiwali tego od nie wszyscy pozytywni mieszkańcy Antylii. Jedynym wątkiem, który pozytywnie mnie nastawił był powrót głównej bohaterki do krainy marzeń, w której spędziła całe dzieciństwo i to że pomimo dorosłości odnalazła w sobie młodzieńczy pierwiastek. Już później w filmowej adaptacji zachwycił mnie Jochny Depp w roli Kapelusznika. A jeszcze później mój ukochany aktorzyna wcielający się w postać ojca Alicji i jednego z walniętych bliźniaków. Jego imienia niestety nie pamiętam...

   Na spektaklu była dwa razy. Duża dawka kultury wpłynęła bardzo pozytywnie na mój odbiór tej wersji Alicji. Aktorzy naprawdę dali czadu! Dobranie ról, zabawne dialogi, choreografia, moje ulubione piosenki z bajek. No wszystko wszystko! Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem Czerwonej Królowej! Skąd w tej dziewczynie tyle charyzmy i jak to możliwe, że jej jeszcze gardło nie wysiadło? Moją szczególną uwagę przykuł także biały królik i jego jakże ciepły głos. Obsadzenie go w tej roli było strzałem w dziesiątkę! A bliźniacy? Rozwalali system. Wprowadzili w to przedstawienie najwięcej komizmu i słowo daję, że kiedy oni byli na scenie, nic innego się nie liczyło. Nawet sama Alicja stanowiła jedynie tło dla ich ciągłych braterskich przepychanek.


Fotografie pochodzą ze strony >klik<
Czytaj więcej >

Wattpad

Jakiś czas temu, szukając aplikacji, dzięki którym mogłabym czytać darmowe e-book'ki, odkryłam Wattpad. Troszkę się rozczarowałam, kiedy po instalacji okazało się, że apka jest przeznaczona do pisania amatorskich opowiadań i umożliwia nam czytanie jedynie tych. Jednak pokrótce, doszłam do wniosku, że i ja mogłabym zacząć tam coś tworzyć. A że podejść do pisania kilkuczęściowych historii miałam multum i że większość zapisków trafiło do szuflady, dziś postanowiłam wziąć się za jedno z nich! Prolog napisałam jeszcze w tamtym roku, coś około września. Inspiracją była nieznajoma kobieta, która zaczepiła mnie swego czasu na ulicy. Była kompletnie zagubiona i oszołomiona. Nie wiedziała gdzie jest, ani jak trafić do punktu docelowego, a mimo wszystko czarowała uśmiechem i pogodą ducha. Stokroć dziękowała za udzielenie informacji, chociaż za bardzo jej nie pomogłam, ale ona chyba taka już była. Jakby wdzięczna wszystkiemu za każdą minutę życia. Chwilowa rozmowa z nią i możliwość pomocy wprawiły mnie w niesamowity nastrój! Takich ludzi powinno być więcej! A może są, tylko nie potrafią zarażać radością życia aż tak zauważalnie. Kiedy kobieta odeszła, od razu w mojej głowie zrodził się pomysł wykreowania postaci na jej wzór. Kogoś zagubionego, nie wiedzącego nic o bożym świecie, a przez to krystalicznie czystego i prostego w zamiarach człowieka. Najlepiej żeby był mężczyzną, bo kobieca psychika jest zbyt skomplikowana. No i wymyśliłam! Plan mam dosyć ambitny, bo piszę o czymś, o czym kompletnie nie mam pojęcia. Nie wiem, czy z medycznego punktu widzenia moje opowiadanie będzie poprawne, ale daję się ponieść wodzom fantazji. Chciałabym, żeby to było opowiadanie refleksyjne z wątkiem miłosnym, ale najbardziej będę chciała skupić się na codzienności i poznawania świata najprostszego w swej istocie oczami Volframa.


      Cześć. Jestem Volfram, dla rodziny Volf. Dla rodziny, ponieważ przyjaciół jeszcze nie mam. Znaczy kiedyś miałem, ale oni już pewnie mnie nie pamiętają . Długa historia. W każdym razie obudziłem się jakiś tydzień temu, a pierwsze, co zobaczyłem, to kobietę i mężczyznę po pięćdziesiątce, uważających się za moje wujostwo. Powiedzieli mi że jako jedyny z moich najbliższych przeżyłem wypadek samochodowy, który wydarzył się 15 lat temu. Miałem wtedy 17 lat, ale zaistniałego zdarzenia nie pamiętam. Podobnie jak nie pamiętam domniemanych rodziców i brata. Prawdę powiedziawszy nie pamiętam nic, co dotyczy przeszłości. 
     Podobno miałem być roślinką. Zdiagnozowano u mnie ciężkie rany szarpane, stłuczenie prawego płuca i przebicie lewego. Miałem złamaną podstawę czaszki i kręgosłupa, a kiedy krwawienie śródczaszkowe wylewało mi się uszami, okazało się, że pień mózgu również jest uszkodzony. Istna sieczka. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było dobić mnie już do końca, ale podobno moja świadomość bezustannie czuwała. Kiedy lekarze otworzyli moją głowę na oścież, jednogłośnie stwierdzili, że dadzą mi jeszcze szansę. A co tam. Szybko wyciągnęli mózg i włożyli do słoika z formaliną, a później czekali na dawcę ciała idealnego. Nawet nieprzytomny miałem wysokie wymagania, co do przyszłej aparycji, więc nie mógł to być pierwszy lepszy motocyklista.  Nie mam nic do motocyklistów, a nawet ich szanuję. Sam chciałbym pośmigać na motorze, ale póki co wózek inwalidzki musi mi wystarczyć. 
     Sytuacja  wyglądała bardzo poważnie. Mój mózg wylądował w nowej, całkowicie mu obcej głowie. To by tłumaczyło, dlaczego teraz wyglądam jak chłopak ze zdjęć w albumach cioci, który jak się dowiedziałem, był moim młodszym bratem. Ciocia przychodziła do mnie codziennie i pokazywała kolorowe obrazki, za każdym razem opowiadając tę samą historię. Z jej opowieści wynika, że ja, wielki, niezbyt męski kujon i pasjonata nauk ścisłych bardzo różniłem się od nieżyjącego brata, który w głowie miał nicość. No w każdym razie wyglądam teraz całkiem pociągająco nawet z bladą i kościstą gębą, zapadniętymi i pozbawionymi wyrazistości oczami oraz blond zarośniętą czupryną.  Mam też niezłe, choć lekko osłabione bicepsy. Jeśli dobrze rachuję, mój wiek aktualnie sięga 32 lat, ale prezentuję się jak świeżo upieczony student. Zawsze chciałem tak wyglądać, więc teraz powinienem skakać z radości. Nie robię tego jednak, bo póki co ledwo utrzymuję się na własnych nogach, a do żył mam podpięte kabelki. Nawet do toalety transportują mnie razem z kroplówką, co mnie nieco krępuje. Nie lubię kiedy coś nade mną stoi… 
     Lekarze mówią, że już wkrótce będę mógł poruszać się swobodniej, o ile będę sumiennie rehabilitowany. Na razie jeżdżę sobie całkiem wygodnym, choć nieporadnym krzesełkiem na kółkach. Właśnie zmierzam ku drzwiom wyjściowym szpitala. Wujek pcha jeżdżące krzesełko, a ciocia biegnie za nami z kroplówką. 
      Chyba zaczynam nowe życie.

Tutaj będziecie mogli śledzić na bieżąco losy Volframa. Myślę, że kolejne rozdziały będą pojawiać się średnio co dwa tygodnie, a całą powieść mam zamiar skończyć pisać do końca roku. Będzie mi bardzo miło jeśli od czasu do czasu zaglądniecie i dacie gwiazdkę. Enjoy!
Czytaj więcej >

Teoria wszystkiego

   Jeśli uważasz, że życie jest piękne, to w istocie takie jest. Jeśli jesteś szczęśliwy, nie daj sobie wmówić, że to jedynie złudzenie. Jeśli masz dach nad głową, nie głodujesz, otacza Cię kochająca rodzina, masz miejsce na świecie, do którego zawsze możesz powrócić, a pod ręką zaufanych przyjaciół, którzy nie pozwolą Ci iść przez życie samemu, to masz wszystko, co tak naprawdę w życiu warto mieć. 

Twoje szczęście zależy od Ciebie

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że jesteśmy szczęśliwi na tyle, na ile sobie na to pozwalamy. Ciężko się z tym nie zgodzić. Jeśli mamy wszystko pod ręką, jeśli zaspokajamy podstawowe życiowe potrzeby, to dlaczego nie doceniamy codzienności? Co odbiera nam radość życia? Mamy plany na przyszłość, snujemy wielkie marzenia i aspiracje, a nie potrafimy docenić tego, co już mamy. Ja nie potrafię. Co roku o tej samej porze dopada mnie smutek. Świat pędzi obok mnie, a ja leżę i płaczę w poduszkę. Myślałam, że w tym roku mnie to nie spotka, że już się nauczyłam korzystać z życia i wyciskać chwilę, jak cytrynkę, ale nie. Jest jakaś siła, która wysysa że mnie wszystko. Jestem świadoma swojej wartości, ale użalam się nad sobą, że przy szczęśliwych ludziach sukcesu jestem nikim. Mam przy sobie mamę, tatę, wkurzającego brata i komplet przyjaciół, ale narzekam, że nie ma ich przy mnie, kiedy najbardziej ich potrzebuję. Nie mam problemów na skalę światową, ale nawet tym najmniejszym nie jestem w stanie stawić czoła. Wiem, że moje szczęście zależy ode mnie, ale ja, póki co, nie chcę być szczęśliwa, a wieczorami wypłakuję się w poduszkę, bo jest mi po prostu źle.

Płacz oczyszcza duszę

Faktycznie po wyrzuceniu z siebie wszystkich żalów czuję się nieco lepiej. Bolą mnie oczy i przypuszczam, że kończę płakać, bo zwyczajnie wyczerpuję dzienny limit łez, ale potrafię przynajmniej spokojnie zasnąć. Z rana mam wrażenie, że zaczynam od nowa z czystym kontem, że ten dzień będzie wyjątkowy i czasami faktycznie jest, ale częściej spędzam wieczór zapłakując swój marny żywot. Żałosne, prawda? A może nie do końca. Każdy ma czasem chwilę słabości. W moim przypadku jest to bardzo długa chwila. Potrafi trwać miesiącami, ale jestem na to przygotowana. Kiedyś ukrywałam łzy, bo się ich wstydziłam. Teraz wiem, że łzy to nie wstyd. Razem z nimi można wylać z siebie wszystkie pochmurne myśli. Wszystkie wyrzuty do siebie i do świata. Wszystko cokolwiek leży człowiekowi na sercu.

Wałcz o swoje

Czasami czujemy się samotni. To absurdalne, bo w moim przypadku nie istnieje coś takiego, jak samotność. Zawsze byłam otoczona skupiskiem ludzi. Z czasem zrozumiałam, że mieć wielu przyjaciół, to nie mieć żadnego, więc zmniejszyłam ich ilość do minimum. Tak zwana selekcja naturalna zadecydowała o wszystkim i sprawiła, że ostały przy mnie tylko te najlepsze osoby. Jeszcze do niedawna byliśmy sobie najbliżsi. Oni mieli mnie, ja miałam ich i tylko to się liczyło. Jednak czas biegnie nieubłaganie. Wszyscy pomału dojrzewamy i wkraczamy w dorosłe życie, a ono nas nieustannie od siebie oddala. Każdy ma swoje sprawy. Nikogo już nie obchodzi ktoś inny. Czy tylko ja nie chcę dorosnąć? Czy tylko ja nadal potrzebuję kogoś bliskiego? Kiedyś czekałam cierpliwie. Raz już nawet myślałam, że się doczekałam, ale jednak nie. Nadal muszę czekać na wolną chwilę, na umówioną godzinę, na wolny termin... Czasem w takich sytuacjach mam ochotę poszukać kogoś nowego, kogoś świeżego. Zaznajomić go z moim życiem. Zainteresować swoją osobą. Nie poznawać go bliżej, ale żeby był. Tak w razie w. Żebym nie musiała czekać. Nie robię tego jednak. Nie szukam, bo to podchodziłoby pod akt desperacji. Jestem egoistką i chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że jestem na drugim miejscu. Zawsze 'bo ktoś, zawsze 'bo coś'. Ale jestem też cierpliwa i może kiedyś przyjdzie czas, że ten 'ktoś' i to 'coś' będą musieli poczekać, 'bo ja'. Tylko w skrajnych wypadkach wystarczy jeden sms, żeby nie czekać długo na odpowiedź: 
"Paprykowe, czy zielona cebulka?"
"Paprykowe"
"No tak, głupie pytanie... Zaraz będę"

Myśli przyciągają zdarzenia

Wybrano nas do konkursu statystycznego. Byłyśmy złe, po pierwsze dlatego, że nie znałyśmy się na statystyce, po drugie zostałyśmy wystawione. W ostatnim dniu zabrałyśmy się do pracy 'żeby coś było'. Nawet wciągnęłyśmy się w to i pod koniec pogratulowałyśmy sobie niezłego efektu! Byłyśmy naprawdę dumne z infografiki, którą stworzyłyśmy. Obydwie miałyśmy nadzieję, że nie przejdziemy do drugiego etapu, ale będę nie skromna i przyznam, że nasza praca była naprawdę dobra. Nie było szans, żeby się nie dostać. Musiałyśmy się przygotowywać do testu teoretycznego. Żadna z nas tego nie robiła. Dwa dni wcześniej przeglądnęłam kilka stron internetowych, wypisałam sobie podstawowe dane do zapamiętania, ale później nawet do nich nie zaglądałam. Moja towarzyszka się rozchorowała. Prawdopodobnie już miałam nie iść na ten konkurs, ale z nadzieją pomyślałam sobie "I po co były te nerwy? Po co tyle pracy i godzin spędzonych nad analizą statystyczną?" Chwilę później na korytarzu podbiegła do mnie pani z radosnym okrzykiem "On pójdzie za twoją koleżankę!" i wskazywała na najmądrzejszego chłopaka w mojej szkole. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nic nie dzieje się przypadkiem.


   Podobno życie pisze najlepsze scenariusze. Już nie raz przekonałam się, że niektóre opowiedziane historie lub przypadki, które osobiście mnie spotkały, nadałyby się na ciekawą fabułę filmu. Bo tak naprawdę tematy leżą na ulicy. Trzeba tylko chcieć coś z nich stworzyć i przekazać dalej.
   Film Teoria Wszystkiego to biografia Stephena Hawkinga, czyli człowieka legendy. Poznajemy go jako studenta astrofizyki. Bardzo mądrego i wyróżniającego się indywidualną inteligencją. Jego życie to jedno skomplikowane i niekończące się działanie, a celem teoria dotycząca strefy nieznanej dla zwykłych śmiertelników. Film opowiada historię jego intelektualnego postępu, rodzącego się uczucia do Jane, ale przede wszystkim rozwoju choroby, która uniemożliwia wykonywanie podstawowych czynności.
   Co zachwyciło mnie w tym filmie? Przede wszystkim prosta i życiowa fabuła. Niestety okrutna także, dla światowej sławy geniusza. Historia pokazuje niezłomność charakteru głównego bohatera i jego dążenie do celu. Nie łatwo jest żyć ze stwardnieniem zanikowym bocznym i sparaliżowanym ciałem, ale on się nie poddawał i o dziwo nie robi tego nadal! Co ponadto? Zestawienie aktorów! Chociażby z tego powodu warto skusić się na seans. Eddie Redmayne, wcielający się w osobę Hawkinga, zrobił to bezkonkurencyjnie! Zbieżność aparycji jest naprawdę łudząco podobna. Widz ma wrażenie, iż to sam w sobie Stephen.
   Jako że osobiście nie interesuję się czarnymi dziurami i grawitacją kwantową, osoba Hawkinga nie jest dla mnie żadnym ideałem. Mogę go jedynie szanować za niezwykłą inteligencję, niezłomność i odwagę. Życie nie było mu przychylne i rzucało pod nogi nie lada przeszkody. Nie jeden z nas poddałby się na starcie, a on? Pokonał chorobę, wygrał życie i zdobył nie tyle świat, co przestrzeń kosmiczną! Niech będzie on dla mnie legendą tak, jak niegdyś Mikołaj Kopernik. 
Czytaj więcej >
Create your space © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka