Pokazywanie postów oznaczonych etykietą photos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą photos. Pokaż wszystkie posty

Insta tag

Jedna z naszych kochanych i bardzo kreatywnych blogerek zorganizowała tag i zaprosiła do niego wszystkich chętnych! A że tag był ciekawy i że Monia lubi takie blogowe zabawy, czemu wiec nie wziąć w nim udziału? Tym razem został poruszony temat Instagrama, by móc podzielić się z czytelnikami swoimi ulubionymi zdjęciami, a także nieco powspominać swoje pierwsze fotograficzne przygody! Każdy uczestnik jak zwykle odpowiada na pytania, ale co by nudno nie było, odpowiedzi trzeba zobrazować własnymi fotkami. No to zaczynamy!

1. Jaki jest Twój nick i co jest na Twoim Instagramie? 
Stawiam na prostotę, więc mój nick na Instagramie nie powala kreatywnością. Na tym portalu jestem podpisana imieniem i nazwiskiem jako monika_przybylo, po prostu. A co znajduje się na moim Instagramie? Wszystko! Moja wcale nieszara rzeczywistość. Chwile piękne i godne zapamiętania, oraz momenty, które przywołują uśmiech i miłe wspomnienia.  

Twoje 3 ulubione zdjęcia to... ? 
Nie potrafiłam się zdecydować jedynie na trzy, zresztą po co mam się ograniczać? Zrobiłam więc zestawienie moich ulubionych, ukochanych, najlepszych z najlepszych, chociaż to i tak jeszcze nie wszystkie... Fotografie może nie powalają jakością, może nie wyglądam na nich jak gwiazda i dużo brakuje mi do modelki, ale mimo wszystko uważam je za najcudowniejsze. Przedstawiają zwykłe życiowe momenty jak i ważne dla mnie chwile. Idąc od góry od lewej: 

 ♥ Takie tam selfie w lustrze z ukochanym, który pomagał w poszukiwaniach wymarzonej sukienki na półmetek.
 ♥ Ten sam ukochany, ale zdjęcie już nie selfie! Rzeszowski, coroczny koncert Jednego Serca Jednego Ducha.
 ♥ Mecz na narodowym stadionie wiejskim. Stadionu nie widać, ale są gwiazdy, które gorąco kibicowały sędziemu liniowemu.
 ♥ Czerwone to szybkie! Zdjęcie musiało być!
 ♥ Praktyki, Bielefeld i jedno z moich ulubieńszych zdjęć stamtąd 
 ♥ Mój półmetek, czyli niezapomniany bal, który spędziłam w ramionach tego jedynego! - jestem wdzięczna fotografowi za takie cudowne ujęcie!
 ♥ Znów ten jedyny, tym razem w wersji white! Zdjęcie zrobione w przerwie spektaklu "Alicja w Krainie Czarów" z moim aktorzyną 
 ♥ Pasek jest, więc trzeba się chwalić! 
 ♥ Kręgle z przyjaciółmi, chociaż zdjęcie tylko z przyjaciółką.

Kiedy wstawiłaś swój pierwszy post i co to było?
Pierwsze zdjęcie, jakie dodałam przedstawia królika mojej przyjaciółki. Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy w nocy przyjaciółka zapukała do moich drzwi, w rękach trzymając olbrzymią klatkę. W klatce było to białe cudne stworzonko, które tylko sprawia pozory cudowności, bo w istocie cholernie gryzie! Byłam bardzo zaspana, więc zgodziłam się zaopiekować króliczkiem na czas jej nieobecności. I przez tą całą moją senność zapomniałam, że ta kulka gryzie nie tylko ludzi, ale i kwiatki i kable! A było to około dwa lata temu w okolicach czerwca/lipca. 


Które z Twoich zdjęć zdobyło najwięcej polubień?
Najwięcej polubień, bo aż 85 zdobyło zdjęcie z moim ukochanym. Wyglądamy na nim bardzo zacnie. Garniturek, sukieneczka... Byliśmy wtedy na jego studniówce, którą mile wspominam! Impreza była przednia. Wytańczyliśmy się za wszystkie czasy, prawie do białego rana! Niestety autora zdjęcia nie pamiętam, chociaż zostało ono zrobione moim telefonem. Przypuszczam, że poprosiłam jednego z kolegów o pstryknięcie paru fotek na specjalnie rozstawionym do tego celu tle. No i tak oto zostało zrobione jedno z lepszych ujęć z tego wydarzenia.

Które z Twoich zdjęć miało najmniej polubień? 
Zdjęcie, które nie zostało obdarzone wieloma lajkami (prawdopodobnie dlatego, że było pierwsze), to zarazem zdjęcie powyższego białego gryzonia. Ale żeby się nie powtarzać, wstawię drugie zdjęcie, które za dużo polubień też nie zdobyło, a które bardzo lubię. Moja pierwsza wizyta we Wrocławiu - rok 2014. Płyniemy sobie czymś na kształt łajby po głównej wrocławskiej rzecze - Odrze. Jak widać zabawa była na całego, i chociaż zdjęcie typowo pozowane, to właśnie ono przywołuje najlepsze wspomnienia z tamtej wycieczki!


Zdjęcie z największą liczbą komentarzy?
Wszystkie foto przeszukałam i znalazłam to! Komentarzy niewiele (bo zaledwie 5), a zarazem najwięcej. Ktoś tam postanowił pospamować nieco na moim skromnym profilku. Zdjęcie najlepszej jakości nie jest. Prawdopodobnie zrobione przednią kamerką smartfona kolegi, co sam ledwo zmieścił się w kadrze. 

To niestety już wszystkie pytania. 
Jeśli również macie ochotę na nie odpowiedzieć, zapraszam do zabawy! :)
Przy okazji w komentarzach możecie zostawić Wasze instagramowe nicki. Chętnie zaobserwuję i poklikam w serduszka! Jeżeli ktoś jest ciekawy moich zdjęć, znajdzie mnie TUTAJ.
Czytaj więcej >

Wroc Love

    Długo czekaliśmy na ten wyjazd. Wycieczka szkolna była planowana już początkiem drugiego półrocza, ale wtedy było to zaledwie mgliste wyobrażenie przyszłości. Dopiero bliżej terminu dowiedzieliśmy się szczegółów: kto, co, gdzie i kiedy. Równe dwa lata temu byłam we Wrocławiu i wtedy zapamiętałam to miasto bardzo pozytywnie! Piękne kamienice, na każdym kroku turystyczne atrakcje i niesamowita panorama miasta rozchodząca się z wieży Sky Tower. Tym razem trochę się rozczarowałam. 
     Myślałam, że po przetrwaniu 19-godzinnej drogi autokarem do niemieckiego Bielefeldu żadna podróż nie będzie mi straszna. Okazało się inaczej. Z Rzeszowa do Wrocławia jest około 7 godzin drogi, my podobno jechaliśmy krócej i faktycznie w pierwszą stronę trasa całkiem szybko zleciała. Czas minął nam na rozmowach, grach i głupich żarcikach. Niektórzy z nas również posnęli, więc nim się spostrzegliśmy, przekroczyliśmy granice Wrocławia. Stęskniłam się za widokiem pięknego miasta, jaki zapamiętałam po ostatniej wizycie tam, dlatego przemierzając pierwsze ulice dokładnie obserwowałam widoki, które niestety nie powalały. Szare obskurne bloki pojawiały się na każdym kroku. Nie obyło się bez tak zwanych slumsów, które otaczają chyba każde centrum miasta. Ale i centrum nie zachwyciło mnie tym razem. Remonty! Wieczne remonty, powykrzywiane chodniki, niebieskie stare tramwaje, straszliwe drogi! A ludzie na Podkarpaciu narzekają... Jedynie rynek nie zmienił się nic, a nic. Był dokładnie taki, jakim go zapamiętałam. Cudowny w swej okazałości i zachwycający!



    Zaraz po przyjeździe wyruszyliśmy na zwiedzanie, coby nie tracić czasu. Na pierwszy rzut padło na ZOO. Zapowiadało się nudno i standardowo, aczkolwiek wcale tak nie było! Krakowskie ZOO to nic, w porównaniu z tym wrocławskim. Żeby zobaczyć wszystkie zwierzaki i odwiedzić każdy zakamarek potrzeba na to około 4/5 godzin czasu. Prawie pół dnia spacerowaliśmy po zawiłych i krętych uliczkach. Dobrze, że na naszej drodze od czasu do czasu pojawiała się mapa, bo dzięki temu byliśmy w stanie zobaczyć wszystko, na czym szczególnie nam zależało! Słonie, żyrafy, lwy, tygrysy, rekiny, meduzy, pajęczaki i małpki! A najlepsze z tego wszystkiego i tak było afrykanarium, w którym mieliśmy okazję poczuć w płucach tamtejsze powietrze, lub jego brak. Czymś niesamowitym było podziwiać pływające nad moją głową niezliczone gatunki ryb, tudzież innych morskich stworzonek. Byłam pod wrażeniem, wszystkiego, co widziałam. ZOO jest naprawdę bardzo zadbane, a zwierzęta mają do swojej dyspozycji wszystko, czego potrzebują. Uspokajam więc przeciwników ogrodów zoologicznych i obrońców praw zwierząt, gdyż zwierzęta te mają zapewnione prawie swoje naturalne środowisko.







    Czas w ZOO minął mi naprawdę bardzo szybko, a że ja i moja ekipa skończyliśmy zwiedzanie wcześniej niż reszta grupy, zdecydowaliśmy się na samodzielne zwiedzanie miasta. W okolicy znajduje się Hala Stulecia, a za nią olbrzymia fontanna na jeziorze, więc czemu by jej nie zobaczyć? Trafiliśmy akurat na pokaz, który odbywa się o każdej pełnej godzinie. Spodobał nam się taki wodny spektakl, więc postanowiliśmy tu wrócić wieczorem, kiedy zajdzie słońce i widać będzie efekty świetlne. Niestety tego postanowienia nie mieliśmy okazjo zrealizować...
   Kiedy pokaz dobiegł końca wyruszyliśmy w poszukiwaniu pierwszego krasnala. W końcu Wrocław to ich miasto, więc nie mogło obyć się bez selfie! W ciągu trzech dni niemożliwym jest znaleźć je wszystkie, ale w samym rynku i jego okolicach jest ich mnóstwo!

 
    Drugi dzień skupiał się szczególnie na zwiedzaniu z przewodnikiem. Zwykle w takich momentach wieje nudą, aczkolwiek nasza przewodniczka opowiadała naprawdę ciekawie! Chciało jej się słuchać, do pewnego momentu... Informacji, które chciała nam przekazać było tak dużo, że po pewnym czasie człowiek się wyłącza. Zwiedzanie zaczyna męczyć, a ludzie robią się ospali. Nic gorszego, chyba ze przewodnik nie ustępuje i karmi zwiedzających jeszcze większą ilością informacji. Tak było w naszym przypadku. Pieszo przeszliśmy pół miasta, omawiając przy tym historię i architekturę. Z całego tego gadania wyniosłam tylko tyle, że Wrocław został zbudowany przez Niemców, a jedynie co polskie, to szare blokowiska. Ostatnim punktem tego dnia była Panorama Racławicka i to ona podobała mi się najbardziej. Byłam tam już drugi raz i drugi raz obraz wywołał na mnie to samo wrażenie! Ale i tak najlepszy był wieczór spędzony w knajpie ze znajomymi. Nie ma to jak poznać Wrocław od kuchni :)



     Trzeci dzień to droga przez mękę. Dosłownie. Tym razem góra Ślęża stała się dla nas wyzwaniem. Nauczyciele zapewniali, że podejście będzie lekkie i niewymagające, a tymczasem musieliśmy stawić czoła wysokim skałkom i przepaściom. To nie było fajne. Nikt z nas nie nastawiała się na ekstrymalne wędrówki. Za każdym razem, gdy droga stawała się nie do pokonania leciały przekleństwa i słowa kapitulacji. Nie poddał się jednak nikt. Wszyscy uparcie dotarliśmy do celu!


    Podsumowując, wyjazd będę wspominać bardzo mile! Odwiedziłam miejsca, w których jeszcze nie byłam i te, które już kiedyś widziałam. Żałuję, że nie weszliśmy do sali poznawczej w Hali Stulecia, ani że tym razem nie miałam okazji podziwiać widoków ze szczytu Sky Tower. Jednak miło było odświeżyć sobie wizję wrocławskiego rynku, mostu z kłódkami i wielu innych urokliwych miejsc, oraz na nowo podziwiać Panoramę Racławicką. Na pewno poznałam się bliżej z osobami z mojej szkoły. Byliśmy bardzo fajnym i zgranym towarzystwem. Obyło się bez niepotrzebnych spięć i sporów, chociaż jak wiadomo, nie każdy za każdym przepada. Na szczęście potrafiliśmy się odnaleźć w grupie i razem miło spędzać wolne wieczory tudzież noce i poranki. Mieliśmy mnóstwo czasu wolnego i to również było fajne! Po męczącym dniu, wieczorami przybywało nam energii, by na własną rękę poznać to miasto. Nie zapuszczaliśmy się co prawda w odległe miejsca, ale dokładnie zbadaliśmy centrum w poszukiwaniu w miarę przystępnych cen kebabów i urokliwych pubów. Szczególnie miło zapamiętam knajpę przy ulicy Więziennej, gdzie przesiedzieliśmy bardzo długi czas przy piwie i dobrym jedzeniu!


Czytaj więcej >

Tylko wariaci są coś warci

   Każdy z nas ma w sobie odrobinę dziecka. Czyż to nie wspaniałe? Dorosłość jest nudna, a dzięki nieobliczalnemu procentowi młodości we krwi stać nas jeszcze na odrobinę fantazji, zapomnienia, beztroski, szczerego uśmiechu, szaleństwa! To dzieci są najbardziej szczerymi istotami hasającymi po tej ziemi. Są bezinteresowne, wrażliwe i potrafią marzyć. Nierzadko powinniśmy brać z nich przykład. W codziennej szarości człowiek zapomina o tym co ma. Przestaje go to cieszyć. A wiecie jaki jest sekret szczęścia? 


   A mając marzenia, mamy przecież wszystko. Dziecko jak nikt inny potrafi zachwycać się najmniejszymi drobiazgami i cieszyć się chwilą! Codzienność podsuwa nam mnóstwo okazji ku temu lecz aby mogły przerodzić się w coś pięknego, nadzwyczajnego, godnego zapamiętania, trzeba podejść do życia spontanicznie.  
    Bo sekret szczęścia to workowate ogrodniczki. Wiersze Adama Asnyka i Tetmajera. To uważnie słuchać. Poprosić kogoś do tańca. Kochać swoje odbicie w lustrze. Sekret życia to chłodna strona poduszki. Okno otwarte na oścież w letnią noc. To długie rozmowy do rana. To śmiać się, kiedy jest się szczęśliwym. Płakać, kiedy jest się smutnym. Niczego nie żałować. Kochać Boga mimo wszystko. Upiec ciasteczka. Zapalić najładniejsze świece. Nigdy nie dorosnąć. Sekret szczęścia to skrzypiąca huśtawka. To zapomnieć, o co było się złym. Modlić się za innych. Pójść na spacer, gdzie tylko nogi poniosą. Kąpiele w pianie przy świecach. Flanelowa piżama. Pudełko sześćdziesięciu czterech kredek. Piosenka chodząca ci po głowie. Sekret szczęścia to sturlać się po wzgórzu. Śpiewać w deszczu. Dostawać pisane odręcznie listy. Zadawać głupie pytania. Pomyśleć życzenie na widok spadającej gwiazdy. Nie chodzić spać w złości. Prosić o pomoc. To delikatne pocałunki. Piosenki śpiewane przy ognisku. Otwarty szyberdach. Nowe skarpetki. Miseczka płatków z mlekiem. Fajerwerki. Dobra powieść na szafce nocnej. Ktoś, komu mogę się zwierzyć. Sekret szczęścia to powiedzieć 'Kocham cię'. Wkładać zdjęcia w ramki. Nowa para butów. Duże, soczyste jabłko. Przejażdżka wozem z sianem. To zadzwonić tylko po to żeby powiedzieć 'cześć'. Próbować się nie roześmiać, kiedy już i tak masz kłopoty. To idealnie dopasowane dżinsy. Zjazdy rodzinne. Adrenalina. Chodzić boso po trawie w letni deszcz. Uśmiech na czyjejś twarzy na twój widok. Traktować ludzi z szacunkiem. Sekret życia to wiedzieć, że sam spełniasz swoje marzenia. Gdy idziesz za głosem serca. Wierzysz w siebie. Gdy możesz robić to, co chcesz, wtedy, kiedy chcesz. Gdy pamiętasz, kim jesteś i  skąd pochodzisz.   
Twoje spojrzenie na świat kształtuje twoje życie bardziej niż twoje życie kształtuje twoje spojrzenie na świat. Nie masz wpływu na to, co cię spotyka, ale masz wpływ na swoją reakcję na to, co cię spotyka.

   Któż nie zna baśni Carrolla Lewisa "Alicja w Krainie Czarów" niech się lepiej nie przyznaje. Co prawda w śród dziecięcych historii, jakie zaledwie kilka lat temu czytała mi mama, opowieść ta zajmowała ostatnie miejsce wśród uwielbianych. Jakoś baśń o dziewczynie i jej schizofrenicznych snach bardziej mnie przerażała, niżeli przypadła do gustu. Fabuła denerwowała mnie od początku aż po sam koniec, kiedy to waleczna Alicja miała samodzielnie podjąć decyzję, czy chce w imieniu białej królowej zgładzić Żaberzwłoka, ale ostatecznie oczekiwali tego od nie wszyscy pozytywni mieszkańcy Antylii. Jedynym wątkiem, który pozytywnie mnie nastawił był powrót głównej bohaterki do krainy marzeń, w której spędziła całe dzieciństwo i to że pomimo dorosłości odnalazła w sobie młodzieńczy pierwiastek. Już później w filmowej adaptacji zachwycił mnie Jochny Depp w roli Kapelusznika. A jeszcze później mój ukochany aktorzyna wcielający się w postać ojca Alicji i jednego z walniętych bliźniaków. Jego imienia niestety nie pamiętam...

   Na spektaklu była dwa razy. Duża dawka kultury wpłynęła bardzo pozytywnie na mój odbiór tej wersji Alicji. Aktorzy naprawdę dali czadu! Dobranie ról, zabawne dialogi, choreografia, moje ulubione piosenki z bajek. No wszystko wszystko! Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem Czerwonej Królowej! Skąd w tej dziewczynie tyle charyzmy i jak to możliwe, że jej jeszcze gardło nie wysiadło? Moją szczególną uwagę przykuł także biały królik i jego jakże ciepły głos. Obsadzenie go w tej roli było strzałem w dziesiątkę! A bliźniacy? Rozwalali system. Wprowadzili w to przedstawienie najwięcej komizmu i słowo daję, że kiedy oni byli na scenie, nic innego się nie liczyło. Nawet sama Alicja stanowiła jedynie tło dla ich ciągłych braterskich przepychanek.


Fotografie pochodzą ze strony >klik<
Czytaj więcej >

Lubiła tańczyć, ciągle goniła wiatr

   Cześć i czołem! Witam Was w ostatni weekend moich ferii. Jakie to smutne, że po dwóch tygodniach wolnego Podkarpacie znów będzie zmuszone, do nadstawienia karku nieprzychylnym nauczycielom. Nie! To chyba zły sen...
   Tak się pogrążyłam w tym smutku, że przez ostatnie kilka dni, zamiast stawić czoła kupie książek i podręczników, kompletnie oddałam się szponom lenistwa. Miałam przepisać zeszyty i nadrobić zaległości. Nie wyszło. Miałam napisać wypracowanie. Nie wyszło. Miałam uczyć się teorii na prawko i rozwiązywać testy. Nie wyszło, a przynajmniej nie w takim stopniu, jakbym chciała. Tak mi dobrze w tym moim ciepłym i przytulnym gniazdku beztroski i zapomnienia. Całe dnie spędzałabym pod pierzynką z książką i kubeczkiem gorącej herbatki. I tylko słońce czasem zachęcało mnie do zrobienia czegoś jeszcze.
   Kto widział Monikę, co się z nią stało? Gdzie się podziała dziewczyna, która zaledwie miesiąc temu nie schodziła z parkietu na studniówce swojego chłopaka? Gdzie moja energia, która wtedy męczyła biedaka i jego nogi, a mnie ciągle zmuszała do podrygiwania w rytm muzyki? 
   Studniówka. Sto dni do matury. Nie mojej. Jego. Całe szczęście mam jeszcze rok, więc ja się tylko dobrze bawiłam. Pewnie myśleliście, że jestem taką nudziarą i nie chodzę na imprezy. Bo nie chodzę, ale co innego biba w klubie, a uroczysty bal, obwieszczający bliskie zakończenie szkoły, rozpoczęty tradycyjnym Polonezem, którego swoją drogą, zepsułam. Nawet nie żałuję. Naprawdę chciałam dobrze wypaść i jakoś się zaprezentować w tej mojej skromnej sukieńszczyźnie i najniższych z możliwych obcasach, bo w wyższych chodzić nie umiem. Sytuacja jednak mnie nieco przybiła, kiedy kilka minut przed wejściem na parkiet, dowiedziałam się, że układ został perfidnie zmieniony. Co mi pozostało? Przyglądać się innym, robić to, co oni i udawać, że doskonale wiem, jak idą kroki. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Co prawda, szło to jakoś do momentu dziwnych obrotów. Nie ma co udawać. Pogubiłam się trochę. Trochę bardzo, więc na szybkości pomyślałam, że lepiej stanąć w miejscu, niż pokracznie robić niewiadomoco. I stałam sobie. Jak kołek.
   Reszta wieczoru, nocy i rana minęła mi niezwykle przyjemnie. Jak można się było spodziewać, towarzystwo było na poziomie i bardzo kulturalne. Kulturalne jedzenie, kulturalne picie, kulturalna zabawa, kulturalna muzyka. Nawet spanie na kanapie i niewinne przepychanki były kulturalne. 
  Jedzenie. Istny raj dla mego podniebienia! Tak po drugim gorącym daniu, co prawda zaczęłam wymiękać, lecz miejsce na deser w postaci lodów i szarlotki zawsze się znajdzie.
   Picie. Kawy, herbaty, soczków, a nawet wody ognistej nie brakowało, chociaż podobno to ostatnie było nielegalne. Hmm, to by wyjaśniało przemycanie jej pod stołem... Ale bądźmy szczerzy, któż nie pije na takich imprezach? Tylko Ci co nie chcą, a że ja odmawiałam sobie przed osiemnastką, teraz nadrabiam braki. 
   Muzyka. Kapela dawała czadu! I chociaż z początku robili sobie częste przerwy na małe co nieco, około 22, już do samego końca wymiatali. Grali znane i lubiane (przeze mnie) piosenki, przez co z bólem serca schodziłam z parkietu. I jak na półmetku buty nie sprawiały mi problemów, tak na studniówce zrezygnowałam z nich na długo przed północą. Do tej pory nie mogę domyć stóp. 

   Żyjąc na tym świecie zaledwie 18 lat, zdążyłam wyrobić sobie w sobie pewne ideały. Egzystując z dnia na dzień w otoczeniu pełnym dobra i zła, piękna i brzydoty, szczerości i zakłamania pojęłam, że aby żyć dobrze, nie można trzymać się sztywno ustalonych zasad. Nie mówię tu o normach moralnych, lecz o przyjętych przez nas nawykach lub odpychających stereotypach. Życie polega na elastyczności poglądów i niestatyczności chwili. Zależnie od tego, gdzie mieszkamy, kim i czym się otaczamy, kształtuje się nasze zdanie na pewne tematy. Wchodzimy w strefę osobistego komfortu i przyzwyczajenia, z której niezmiernie ciężko nam wyjść, a jeżeli już zostaniemy wykopani z niej siłą, czujemy się niepewnie, tracimy równowagę i kontrolę nad sobą, swoimi wyćwiczonymi odruchami i zamaskowaną  mimiką. Tak naprawdę dopiero wtedy wychodzi na jaw nasza prawdziwa twarz. Nie oznacza to jednak, że przyzwyczajając się do rutyny, stajemy się fałszywi. Broń Boże! Nawyk codzienności wyrabia w nas właśnie te życiowe zasady, których moim zdaniem nie powinniśmy się trzymać. Dlaczego? Bo najpiękniejsza w człowieku jest naturalność i szczerość zamiarów, a nie jego wyćwiczone techniki obycia w danym towarzystwie. Prosty przykład, zastanówcie się przez chwilę, z kim wolelibyście prowadzić rozmowę. Ze sztywnym i niewzruszonym typem, który traktuje Cię zbyt oficjalnie i urzędowo oraz mówi to, co sobie wcześniej zaplanował, czy może z sympatyczną i uśmiechniętą personą, mniej przewidywalną, a bardziej spontaniczną?
  Tej spontaniczności mi w życiu brakuje. Przyłapuję siebie na tym, że chcę być rozumiana i odczytywana, jak otwarta księga, więc żeby było łatwiej, ustalam sobie gdzieś w głowie 'moje własne 10 przykazań', według których toczy się moja codzienność. I tu nie chodzi o to, że wstaję rano, ubieram się, jem obfite śniadanie, myję ząbki i biegnę na autobus zapinając płaszcz. Nie. Gdzieś w podświadomości mam zakodowane "uśmiechaj się do ludzi", "bądź miła" i - o zgrozo - robię to nawet kiedy nie chcę!  
   Nie nazwałabym siebie pozerem. Nie zależy mi na opinii ludzi, a tym bardziej nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, by wywrzeć na kimś wrażenie. Ubzdurałam sobie owe reguły tylko i wyłącznie dla siebie i zapewne trzymam się ich, bo mi tak dobrze. Jest jednak kilka rzeczy, które notorycznie powtarzam, Kilka myśli, które często przebiegają mi po głowie, a zarazem odbiegają od norm, nie zaliczają się do mojej strefy komfortu. Czasem sama siebie za nie karcę, ale one są i ukazują tą gorszą, ale jakże prawdziwą stronę mnie. 


Nie lubię się myć

Przyznam się otwarcie i bez bicia, że kiedy przychodzi wieczór i pora spłukać z siebie resztki dnia, kąpiel jest ostatnią czynnością, na jaką mam ochotę. Zwykły prysznic zajmuje mi około 20 minut. 20 minut, które mogłabym spędzić inaczej, jakoś kreatywnie wykorzystać. 20 minut wyjęte z życia. 

Wchodzę na pasy w najmniej odpowiednim momencie

I chociaż szanuję zasady i przepisy drogowe, to często gęsto nogi same rwą się na przejście dla pieszych, gdy nad głową świeci mi czerwona lampka. Kilka razy mogłam zginąć, kilka razy zostałam wytrąbiona, a zazwyczaj przed wtargnięciem na jezdnię, silnym pociągnięciem, powstrzymują mnie towarzysze podróży. Staram się. Naprawdę się staram nie zagrażać swojemu zdrowiu i życiu, ale zazwyczaj krawędź chodnika jest dla mnie zbyt cienką granicą.

Nie słucham, co do mnie mówią

Nie tylko na lekcji zdarza mi się wyłączać swój umysł lub przerzucać się na inny kanał. Jeśli rozmowa z kimś zwyczajnie mnie nudzi, nie potrafię tego ukryć i zwyczajnie odbiegam myślami w przeciwnym kierunku. Zdarza mi się nie słuchać i nie zawsze jest to wynikiem nudy. Żyję we własnym świecie i niezmiernie łatwo mnie rozproszyć. Potrafię zawzięcie opowiadać historię i przerwać ją, przypominając sobie, że nie kupiłam mleka - na przykład - po czym, po tej drobnej wzmiance, nie pamiętam już o czym mówiłam i temat zawisa w powietrzu.

Piszę smsy w towarzystwie

Wiem, że to niekulturalnie, że nie powinnam. Tym bardziej, że używanie telefonu ściśle łączy się z punktem powyżej. Pisanie smsów i prowadzenie rozmowy na żywo nijak mi nie idzie. Próbowałam i
a) albo byłam zbyt pochłonięta klikaniem w telefon, przez co z mojej strony zapadała cisza
b) odpowiadałam komuś półgębkiem 
c) zanim odpisałam, czytałam jedną wiadomość setki razy

Wszystko przeżywam dwa razy

Analizuję, myślę, dopatruję się sprzeczności, podtekstów, rzeczy nieistniejących - przypadłość każdej kobiety, przez którą ubolewam, przez którą wiele tracę, ale z którą walczę! Stabilność mnie nudzi. Moja psychika woli gmerać i czytać między wierszami, by dokopać się do niedomówień. Właśnie to jest powodem wielu bezsensownych kłótni. Często powracam myślami do zdarzeń przykrych lub ekscytujących. Nie zapominam towarzyszących mi wtedy uczuć i emocji. Tak, jestem pamiętliwa. Krzywdzę przez to sama siebie, ale dzięki temu, mam też wiele pięknych, żywych wspomnień. 

Łapię za słówka

Uwielbiam to! Nie jest łatwo ze mną rozmawiać, kiedy mam zbyt dobry humor. Nabijam się z rozmówcy i ciągle wywlekam na światło dzienne nieistniejące fakty, co pewnie niezmiernie irytuje.

Zdrapuję lakier z paznokci

Nie przejdę obojętnie obok czegoś, co odstaje i odpryskuje. Lubię mieć pomalowane paznokcie, ale chwila kiedy lakier zacznie odłazić, jest nieunikniona. Zazwyczaj nie mam przy sobie zmywacza do paznokci, a nawet kiedy mam, to nie mogę się powstrzymać, by nie skrobać paznokcia paznokciem. W skrajnych wypadkach, niehigienicznie pomagam sobie zębami. Efekt jest obrzydliwy.
Czytaj więcej >

Rok 2015 w wielkim skrócie...

Kolejny rok zmierza już ku końcowi. Kiedy minęło te ponad 360 dni? Doskonale pamiętam ubiegłego sylwestra, a wydarzenia sprzed roku mieszają mi się z obecnymi. Czas tak nie ubłagalnie pędzi... I znowu jesteśmy o rok starsi i awansowaliśmy na kolejny życiowy etap. Mam wrażenie, że przespałam ten rok, że nie wykorzystałam go w stu procentach, ale hej! Przecież jak sięgnąć pamięcią to tyle się działo! Cofnijmy się więc wstecz, od teraz aż do stycznia 2015.

20. Święta. Takie średnio klimatyczne, ale jednak. Sprzątanie, gotowanie, 12 dań - te sprawy. Najwięcej radości miałam chyba z fotografowania świątecznych ozdób! Widzicie tą jakość? 13 megapikseli robi swoje :)






19. Praktyki w Niemczech, czyli świeża sprawa. Przezroczyste prysznice, nocne seanse i filozoficzne rozmowy, cotygodniowe melanże w ciasnym ale własnym towarzystwie, ale przede wszystkim świetne doświadczenie pracy in professional company i obycie with a foreign country!


18. Półmetek! Zdecydowanie najdłużej wyczekiwana impreza. Tym razem w bardziej szkolnym, ale równie dobranym i wesolutkim towarzystwie. Te toasty wznoszone na cześć nauczycieli, te rozmowy o życiu i piciu, te tańce i dzikie densy!


17. Mój pierwszy raz na kręglach był fatalny, drugi jeszcze fatalniejszy, ale przecież liczy się dobra zabawa! Widzicie te moje pijane oczy?!


16. Kolejna osiemnastkowa impera, tym razem moja własna! Wiejskie klimaty zawsze spoko... Miejscówka w stodole tylko siana brakowało, tańce w w deszczu i błocie oczywiście w rytmie disco! Rodzina + znajomi, trochę alko, mnóstwo prezentów, obowiązkowa belgijka, podrzucanie ja latałam! Naprawdę latałam!!!  Nie chcę być nieskromna, ale najlepsza impreza na jakiej byłam! :D


15. Druga rocznica  i wiadomo o co chodzi :) Jestem sentymentalnym człowiekiem i daty mają dla mnie szczególne znaczenie, a przede wszystkim takie wyjątkowe daty! Tym razem uczciliśmy to skromnie i spontanicznie, czyli tak jak lubię najbardziej.


14. Noc spadających gwiazd! Czy Wy też to widzieliście? Gapiąc się uporczywie w niebo, widziałam niejeden przebłysk i biało-złotą smugę! W tym roku niezliczona ilość mignęła mi przed oczami, ale podobnie, jak w ubiegłych latach, wystarczyłaby mi tylko jedna gwiazda, bo życzenie wciąż to samo :)
  - Czekaj, ja się ułożę, a ty rób mi zdjęcie!
  - Ale jakie zdjęcie?
  - To nie robisz zdjęć? :o 
` balansując na pograniczu jawy i snu

13. Wycieczka z przyjaciółmi do Polańczyka! Cóż, kiedy pogoda dopisuje, grzech nie skorzystać! Woda, plaża, kocyk, dobre jedzenie i przede wszystkim dobrane towarzystwo! 

12. Wakacyjny wyjazd do Iwonicza! Nie powiem żeby należał do najlepszych, jednak jak zwykle nie narzekaliśmy na nudę! Opiekunowie stosowali niestandardowe metody wychowawcze, a uczestnicy turnusu tryskali niezwykle pozytywnym humorem! Każdy dzień był przepełniony aktywnością od rana, aż do zmroku, ale nawet w nocy, kiedy wychowawcy śpią, podopieczni grasują...


11. "Szalone Nożyczki", czyli kolejny spektakl! Wizyty w teatrze są w mojej codzienności rzadkością, poprzez nabierają dużego znaczenia i każde takie wydarzenie niezmiernie mnie cieszy!
źródło

10. Zdanie egzaminów zawodowych i drugi rok z rzędu świadectwo z paskiem to dla mnie wielki sukces! Oby mi tak dobrze szło do końca szkoły i jeszcze dłużej!


9. Finałowy występ mojego chłopaka na konkursie młodych talentów organizowanym przez Siemachę również i dla mnie był bardzo ważnym wydarzeniem! Pamiętam ekscytację, która towarzyszyła mi, kiedy mój gitarzysta wchodził na scenę! Później tylko narastająca duma i podziw :)


8. Znowu Kraków i  Kraków po raz kolejny, ale to miasto można odwiedzać bez końca!
8. Koncert Jednego Serca Jednego Ducha, którego w tym roku nie mogłam przepuścić! Kto mnie zna, ten wie, że jestem osobom głęboko wierzącą, wiec takie wydarzenia są dla mnie genialnym urozmaiceniem i umocnieniem w moich przekonaniach.


 7. Nocka w rzeszowskiej Siemasze! Bardzo miło wspominam czas, kiedy jeszcze należałam do tej organizacji. Naprawdę dużo się działo, a nocka spędzona tam to świetne doświadczenie, które wymagało organizacji, współpracy i nie lada kreatywności.


 6.  Wspominałam, że uwielbiam teatr? :) A więc, uwielbiam teatr, a ze wyżej wspominany mój wspaniały mężczyzna bawi się w aktora i bardzo, ale to bardzo mu to wychodzi, więc zabrał mnie raz na swój spektakl! "Piękna i Bestia" czyli moja ulubiona baśń, tym razem w musicalowej odsłonie naprawdę podbiła moje serce. Bardzo miło wspominam występ mojego spóźnialskiego zegarka, jak i całe przedstawienie!
źródło
 5. Wspaniałe Walentynki, które już po raz drugi obchodzę ze wspaniałym mężczyzną! :)


4. Ferie spędzone w Odporyszowie! Ten czas z pewnością przechodzi do niezapomnianych! Świetna i zgrana ekipa, wesoła zabawa, brak nudy! Szkoda, że tydzień tam spędzony minął w zawrotnym tempie i nim się obejrzeliśmy znów trzeba było wracać do szkoły... 


3. Sezon osiemnastek, który rozpoczęła świetna impreza u przyjaciółki! Później podobnych mniej i bardziej hucznych zabaw/ognisk/potańcówek było w ciul i jeszcze trochę! 
2. Założyłam Słoik Szczęścia. Co prawda nie wytrwałam do końca roku w codziennym wypisywaniu pozytywnych chwil, ale tych zapisanych wspomnień troszkę w środku wylądowało :)


1. Najcudowniejsze w moim życiu rozpoczęcie roku!
"Pamiętaj, że zawsze jest ktoś dla kogo jesteś największym skarbem! :* I ten ktoś zrobi dla Ciebie wszystko :*"
Czytaj więcej >

Praktyki w Bielefeld

Trzy tygodnie. Ponad 1000 km od domu. Dziewiętnastogodzinna podróż autobusem dała nam wszystkim w kość. Na początku tryskaliśmy energią. Gra w karty, śmieszne żarciki, opowieści, śpiewanie piosenek - gdyby nie my, w autobusie panowałaby cisza, jak makiem zasiał, a tak to pasażerowie mieli kilka godzin rozrywki! Czas leciał szybko, dopóki nie nastała noc. No i się zaczęło... Jakby się tu wygodnie ułożyć i co zrobić z nogami? Czy wypada zasnąć na ramieniu koleżanki/kolegi? Wypadało. Sen wziął górę i w efekcie spaliśmy jedno na drugim, oprócz tego, co siedział przy oknie. To póki co mój najdłuższy wyjazd. Trochę samodzielności nie zaszkodzi. Przyznam nawet, że podobało mi się takie życie i dopóki miałam pieniądze, mogłabym tak funkcjonować. Na początku było trudno. Nasze obawy dotyczyły głównie nowego nieznajomego miejsca oraz przyszłej pracy. Czy trafimy do firmy? Jaki będzie nasz szef? Czy się z nim dogadamy? Niepotrzebnie się martwiliśmy. Poszukiwanie naszego miejsca pracy zajęło kilka godzin, lecz okazała być się to niezła zabawa w podchody! Mieliśmy tylko niedokładną mapę miasta i rozkład jazdy tramwajów, lecz intuicja doprowadziła nas do celu. Międzyczasie poznaliśmy z grubsza kulturę i zachowania rodowitych Niemców. Osobiście jestem zachwycona ich otwartością, wyluzowaniem i poczuciem humoru, lecz wiadomo, trafi się czasem jakaś czarna owca. Już pierwszego dnia miałam z takim typem do czynienia. Całkiem młody pan przechodzący chodnikiem tuż obok mnie, jasno dał mi do zrozumienia, ze mnie nie lubi. Przypuszczam, że byłam przypadkowym punktem rozładowania emocji, no i dobra. Niech sobie poprzeklina.


Drugi dzień rozpoczął się dla nas dosyć wcześnie. Budzik o godzinie 7.30 miał być ostateczną pobudką i tak już do końca naszych dniu w Bielefeldzie. W małym pięcioosobowym gronie przyjęło się, że chłopcy z rana robią śniadania, a dziewczyny (z racji tego, że wcześniej kończyłyśmy pracę) przygotowujemy obiady. Pierwsze posiłki dnia były w miarę zróżnicowane, czego nie można powiedzieć o obiadach. Przez dwa pierwsze tygodnie żywiliśmy się kurczakiem, ryżem i warzywami; ryżem, kurczakiem i warzywami; warzywami, kurczakiem i ryżem. Zazwyczaj składniki te przybierały postać risotto. Żeby zaoszczędzić wody, płynu do naczyń i czasu, jadaliśmy z jednego wielkiego półmiska. Opcja ta została wykluczona, dopiero kiedy odkryliśmy mrożone pizze z Lidla i zmieniliśmy jadłospis. Mrożonka za 1 euro to luksus, więc zagościła na naszym stole do końca wyjazdu. Ale żeby nie było tak nudno i standardowo muszę wspomnieć o jednym nieodłącznym elemencie tamtejszej kuchni (czyt. pomieszczenia). Specyficzna woń - czuć ją było tylko i wyłącznie, kiedy otwierało się drzwi prowadzące do kuchni oraz po wyjściu z niej, kiedy to ubrania i włosy były przesiąknięte zapachem ryby z oczami smażonej na czarnym oleju. Kiedy człowiek wyszedł spod prysznica lepiej, żeby nagle nie zgłodniał, bo będzie się musiał myć jeszcze raz. A wszystko za sprawą czarnoskórych lokatorów naszego schroniska, których przysmakiem były owe ryby z oczami.



Praca w firmie Neue Westfalische była strzałem w dziesiątkę! Przez dwa miesiące wałkowaliśmy język angielski, aby móc porozumiewać się z szefem, po czym okazało się, że nasz szef z angielskiego najlepszy nie jest. Stosowaliśmy zatem język niemiecko-angielsko-migowy i przyznam, że większych problemów z komunikacją nie było. Każdy z nas dostał swoje stanowisko z komputerem i minimum dwoma monitorami oraz tutoriale do wykonania. Osobiście zrobiłam trzy, co i tak pomogło mi nauczyć się programu Illustrator, ale później przerzuciłam się na edycje kodów HTML. Tak mniej więcej razem z koleżanką zmieniłyśmy wygląd szkolnego bloga. I tak codziennie przez piec dni w tygodniu, po 5 godzin siedzenia przy biurku, ale w towarzystwie szefa rozdającego czekoladki i głośno śpiewających sobie współpracowników praca to sama przyjemność.








Wydawać by się mogło, że wpadliśmy w rutynę. Śniadanie, praca, obiad, spać. Na szczęście weekendy mieliśmy wolne! Sobota i niedziela były dniami długiego spania. Nigdy jeszcze nie spałam tak długo, chyba że po jakiejś imprezie. Tutaj imprezowaliśmy we własnym gronie. Długie wieczorki szczerości bardzo nas przed sobą otworzyły. Oglądanie filmów do późna zawsze kończyły się niekontrolowanym zasypianiem. Niekontrolowane spanie dopadało nas również w tramwajach i autobusach. Dopiero teraz odkryłam, jakim jestem śpiochem. Soboty poświęcaliśmy na zakupy. Jak w tygodniu kupowaliśmy wyłącznie jedzenie, tak w weekendy szwendaliśmy się od sklepu do sklepu nieważne jakiego. Pod koniec mieliśmy już swoje ulubione miejsca, gdzie asortyment nas zachwycał! No dobra... Tylko mnie i koleżankę, bo chłopcy chodzili za nami posłusznie i nosili nasze bagaże bez słowa sprzeciwu.



Bielefeld jest ogólnie brzydkim miastem. Poza zabytkowym ratuszem, kilkoma fajnymi sklepami, wypasionym basenem i rewelacyjną komunikacją miejską nie ma tu nic ciekawego. W niedziele wszystko jest pozamykane, więc z góry byliśmy skazani na siedzenie w schronisku. O dziwo nuda nas nie dopadła. Nawet bezczynne leżenie w łóżkach uważaliśmy za ciekawe i produktywne zajęcie. W pewną niedziele pod wieczór wybraliśmy się do pana kierownika domku studenckiego na mini party. Muzyka, czipsy, bilard i czego nastolatkom więcej do szczęścia potrzeba? Innym razem odwiedziliśmy miasto Paderborn. Tam się dopiero zrobiło zakupy! Miałam tak obładowany plecak, że biedny nie wytrzymał i zmuszona byłam kupić nową dużą torbę! Główna ulica tego miasta to istny raj dla zakupoholików. Polecam na gorąco! Nie obyło się bez zwiedzania, ale kto by narzekał, wiedząc, że za chwilę pojedziemy na swoisty obiad. Faktycznie był to najlepszy posiłek, jaki miałam okazję skonsumować przez te trzy tygodnie. Frytki, kurczak w sosie słodko-kwaśnym, sałatki full wypas, sushi, a na deser owoce, lody i kawopodobne cappuccino! A to wszystko za jedyne 10 euro! Płacisz i jesz do syta, na cokolwiek masz ochotę.


Nie powiem, żeby nas tam rozpieszczali. Nie byliśmy też traktowani jako tania siła robocza, ale po prostu goście z Polski. Praktykanci, których trzeba przywitać, pokazać trochę świata, a później niech sobie robią, co chcą. To było fajne, bo mieliśmy możliwość zwiedzenia kilku muzeów, poznania nowego miasta, a nawet gościliśmy w ratuszu na spotkaniu z panią wiceprezydent! Ostatnim punktem wyjazdu były odwiedziny w naszej szkole partnerskiej i uczestnictwo w lekcjach naszych niemieckich rówieśników oraz podsumowanie praktyk. I tu się przydał nasz angielski!





Czytaj więcej >
Create your space © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka