Pokazywanie postów oznaczonych etykietą every day. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą every day. Pokaż wszystkie posty

Lubiła tańczyć, ciągle goniła wiatr

   Cześć i czołem! Witam Was w ostatni weekend moich ferii. Jakie to smutne, że po dwóch tygodniach wolnego Podkarpacie znów będzie zmuszone, do nadstawienia karku nieprzychylnym nauczycielom. Nie! To chyba zły sen...
   Tak się pogrążyłam w tym smutku, że przez ostatnie kilka dni, zamiast stawić czoła kupie książek i podręczników, kompletnie oddałam się szponom lenistwa. Miałam przepisać zeszyty i nadrobić zaległości. Nie wyszło. Miałam napisać wypracowanie. Nie wyszło. Miałam uczyć się teorii na prawko i rozwiązywać testy. Nie wyszło, a przynajmniej nie w takim stopniu, jakbym chciała. Tak mi dobrze w tym moim ciepłym i przytulnym gniazdku beztroski i zapomnienia. Całe dnie spędzałabym pod pierzynką z książką i kubeczkiem gorącej herbatki. I tylko słońce czasem zachęcało mnie do zrobienia czegoś jeszcze.
   Kto widział Monikę, co się z nią stało? Gdzie się podziała dziewczyna, która zaledwie miesiąc temu nie schodziła z parkietu na studniówce swojego chłopaka? Gdzie moja energia, która wtedy męczyła biedaka i jego nogi, a mnie ciągle zmuszała do podrygiwania w rytm muzyki? 
   Studniówka. Sto dni do matury. Nie mojej. Jego. Całe szczęście mam jeszcze rok, więc ja się tylko dobrze bawiłam. Pewnie myśleliście, że jestem taką nudziarą i nie chodzę na imprezy. Bo nie chodzę, ale co innego biba w klubie, a uroczysty bal, obwieszczający bliskie zakończenie szkoły, rozpoczęty tradycyjnym Polonezem, którego swoją drogą, zepsułam. Nawet nie żałuję. Naprawdę chciałam dobrze wypaść i jakoś się zaprezentować w tej mojej skromnej sukieńszczyźnie i najniższych z możliwych obcasach, bo w wyższych chodzić nie umiem. Sytuacja jednak mnie nieco przybiła, kiedy kilka minut przed wejściem na parkiet, dowiedziałam się, że układ został perfidnie zmieniony. Co mi pozostało? Przyglądać się innym, robić to, co oni i udawać, że doskonale wiem, jak idą kroki. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Co prawda, szło to jakoś do momentu dziwnych obrotów. Nie ma co udawać. Pogubiłam się trochę. Trochę bardzo, więc na szybkości pomyślałam, że lepiej stanąć w miejscu, niż pokracznie robić niewiadomoco. I stałam sobie. Jak kołek.
   Reszta wieczoru, nocy i rana minęła mi niezwykle przyjemnie. Jak można się było spodziewać, towarzystwo było na poziomie i bardzo kulturalne. Kulturalne jedzenie, kulturalne picie, kulturalna zabawa, kulturalna muzyka. Nawet spanie na kanapie i niewinne przepychanki były kulturalne. 
  Jedzenie. Istny raj dla mego podniebienia! Tak po drugim gorącym daniu, co prawda zaczęłam wymiękać, lecz miejsce na deser w postaci lodów i szarlotki zawsze się znajdzie.
   Picie. Kawy, herbaty, soczków, a nawet wody ognistej nie brakowało, chociaż podobno to ostatnie było nielegalne. Hmm, to by wyjaśniało przemycanie jej pod stołem... Ale bądźmy szczerzy, któż nie pije na takich imprezach? Tylko Ci co nie chcą, a że ja odmawiałam sobie przed osiemnastką, teraz nadrabiam braki. 
   Muzyka. Kapela dawała czadu! I chociaż z początku robili sobie częste przerwy na małe co nieco, około 22, już do samego końca wymiatali. Grali znane i lubiane (przeze mnie) piosenki, przez co z bólem serca schodziłam z parkietu. I jak na półmetku buty nie sprawiały mi problemów, tak na studniówce zrezygnowałam z nich na długo przed północą. Do tej pory nie mogę domyć stóp. 

   Żyjąc na tym świecie zaledwie 18 lat, zdążyłam wyrobić sobie w sobie pewne ideały. Egzystując z dnia na dzień w otoczeniu pełnym dobra i zła, piękna i brzydoty, szczerości i zakłamania pojęłam, że aby żyć dobrze, nie można trzymać się sztywno ustalonych zasad. Nie mówię tu o normach moralnych, lecz o przyjętych przez nas nawykach lub odpychających stereotypach. Życie polega na elastyczności poglądów i niestatyczności chwili. Zależnie od tego, gdzie mieszkamy, kim i czym się otaczamy, kształtuje się nasze zdanie na pewne tematy. Wchodzimy w strefę osobistego komfortu i przyzwyczajenia, z której niezmiernie ciężko nam wyjść, a jeżeli już zostaniemy wykopani z niej siłą, czujemy się niepewnie, tracimy równowagę i kontrolę nad sobą, swoimi wyćwiczonymi odruchami i zamaskowaną  mimiką. Tak naprawdę dopiero wtedy wychodzi na jaw nasza prawdziwa twarz. Nie oznacza to jednak, że przyzwyczajając się do rutyny, stajemy się fałszywi. Broń Boże! Nawyk codzienności wyrabia w nas właśnie te życiowe zasady, których moim zdaniem nie powinniśmy się trzymać. Dlaczego? Bo najpiękniejsza w człowieku jest naturalność i szczerość zamiarów, a nie jego wyćwiczone techniki obycia w danym towarzystwie. Prosty przykład, zastanówcie się przez chwilę, z kim wolelibyście prowadzić rozmowę. Ze sztywnym i niewzruszonym typem, który traktuje Cię zbyt oficjalnie i urzędowo oraz mówi to, co sobie wcześniej zaplanował, czy może z sympatyczną i uśmiechniętą personą, mniej przewidywalną, a bardziej spontaniczną?
  Tej spontaniczności mi w życiu brakuje. Przyłapuję siebie na tym, że chcę być rozumiana i odczytywana, jak otwarta księga, więc żeby było łatwiej, ustalam sobie gdzieś w głowie 'moje własne 10 przykazań', według których toczy się moja codzienność. I tu nie chodzi o to, że wstaję rano, ubieram się, jem obfite śniadanie, myję ząbki i biegnę na autobus zapinając płaszcz. Nie. Gdzieś w podświadomości mam zakodowane "uśmiechaj się do ludzi", "bądź miła" i - o zgrozo - robię to nawet kiedy nie chcę!  
   Nie nazwałabym siebie pozerem. Nie zależy mi na opinii ludzi, a tym bardziej nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, by wywrzeć na kimś wrażenie. Ubzdurałam sobie owe reguły tylko i wyłącznie dla siebie i zapewne trzymam się ich, bo mi tak dobrze. Jest jednak kilka rzeczy, które notorycznie powtarzam, Kilka myśli, które często przebiegają mi po głowie, a zarazem odbiegają od norm, nie zaliczają się do mojej strefy komfortu. Czasem sama siebie za nie karcę, ale one są i ukazują tą gorszą, ale jakże prawdziwą stronę mnie. 


Nie lubię się myć

Przyznam się otwarcie i bez bicia, że kiedy przychodzi wieczór i pora spłukać z siebie resztki dnia, kąpiel jest ostatnią czynnością, na jaką mam ochotę. Zwykły prysznic zajmuje mi około 20 minut. 20 minut, które mogłabym spędzić inaczej, jakoś kreatywnie wykorzystać. 20 minut wyjęte z życia. 

Wchodzę na pasy w najmniej odpowiednim momencie

I chociaż szanuję zasady i przepisy drogowe, to często gęsto nogi same rwą się na przejście dla pieszych, gdy nad głową świeci mi czerwona lampka. Kilka razy mogłam zginąć, kilka razy zostałam wytrąbiona, a zazwyczaj przed wtargnięciem na jezdnię, silnym pociągnięciem, powstrzymują mnie towarzysze podróży. Staram się. Naprawdę się staram nie zagrażać swojemu zdrowiu i życiu, ale zazwyczaj krawędź chodnika jest dla mnie zbyt cienką granicą.

Nie słucham, co do mnie mówią

Nie tylko na lekcji zdarza mi się wyłączać swój umysł lub przerzucać się na inny kanał. Jeśli rozmowa z kimś zwyczajnie mnie nudzi, nie potrafię tego ukryć i zwyczajnie odbiegam myślami w przeciwnym kierunku. Zdarza mi się nie słuchać i nie zawsze jest to wynikiem nudy. Żyję we własnym świecie i niezmiernie łatwo mnie rozproszyć. Potrafię zawzięcie opowiadać historię i przerwać ją, przypominając sobie, że nie kupiłam mleka - na przykład - po czym, po tej drobnej wzmiance, nie pamiętam już o czym mówiłam i temat zawisa w powietrzu.

Piszę smsy w towarzystwie

Wiem, że to niekulturalnie, że nie powinnam. Tym bardziej, że używanie telefonu ściśle łączy się z punktem powyżej. Pisanie smsów i prowadzenie rozmowy na żywo nijak mi nie idzie. Próbowałam i
a) albo byłam zbyt pochłonięta klikaniem w telefon, przez co z mojej strony zapadała cisza
b) odpowiadałam komuś półgębkiem 
c) zanim odpisałam, czytałam jedną wiadomość setki razy

Wszystko przeżywam dwa razy

Analizuję, myślę, dopatruję się sprzeczności, podtekstów, rzeczy nieistniejących - przypadłość każdej kobiety, przez którą ubolewam, przez którą wiele tracę, ale z którą walczę! Stabilność mnie nudzi. Moja psychika woli gmerać i czytać między wierszami, by dokopać się do niedomówień. Właśnie to jest powodem wielu bezsensownych kłótni. Często powracam myślami do zdarzeń przykrych lub ekscytujących. Nie zapominam towarzyszących mi wtedy uczuć i emocji. Tak, jestem pamiętliwa. Krzywdzę przez to sama siebie, ale dzięki temu, mam też wiele pięknych, żywych wspomnień. 

Łapię za słówka

Uwielbiam to! Nie jest łatwo ze mną rozmawiać, kiedy mam zbyt dobry humor. Nabijam się z rozmówcy i ciągle wywlekam na światło dzienne nieistniejące fakty, co pewnie niezmiernie irytuje.

Zdrapuję lakier z paznokci

Nie przejdę obojętnie obok czegoś, co odstaje i odpryskuje. Lubię mieć pomalowane paznokcie, ale chwila kiedy lakier zacznie odłazić, jest nieunikniona. Zazwyczaj nie mam przy sobie zmywacza do paznokci, a nawet kiedy mam, to nie mogę się powstrzymać, by nie skrobać paznokcia paznokciem. W skrajnych wypadkach, niehigienicznie pomagam sobie zębami. Efekt jest obrzydliwy.
Czytaj więcej >

Rok 2015 w wielkim skrócie...

Kolejny rok zmierza już ku końcowi. Kiedy minęło te ponad 360 dni? Doskonale pamiętam ubiegłego sylwestra, a wydarzenia sprzed roku mieszają mi się z obecnymi. Czas tak nie ubłagalnie pędzi... I znowu jesteśmy o rok starsi i awansowaliśmy na kolejny życiowy etap. Mam wrażenie, że przespałam ten rok, że nie wykorzystałam go w stu procentach, ale hej! Przecież jak sięgnąć pamięcią to tyle się działo! Cofnijmy się więc wstecz, od teraz aż do stycznia 2015.

20. Święta. Takie średnio klimatyczne, ale jednak. Sprzątanie, gotowanie, 12 dań - te sprawy. Najwięcej radości miałam chyba z fotografowania świątecznych ozdób! Widzicie tą jakość? 13 megapikseli robi swoje :)






19. Praktyki w Niemczech, czyli świeża sprawa. Przezroczyste prysznice, nocne seanse i filozoficzne rozmowy, cotygodniowe melanże w ciasnym ale własnym towarzystwie, ale przede wszystkim świetne doświadczenie pracy in professional company i obycie with a foreign country!


18. Półmetek! Zdecydowanie najdłużej wyczekiwana impreza. Tym razem w bardziej szkolnym, ale równie dobranym i wesolutkim towarzystwie. Te toasty wznoszone na cześć nauczycieli, te rozmowy o życiu i piciu, te tańce i dzikie densy!


17. Mój pierwszy raz na kręglach był fatalny, drugi jeszcze fatalniejszy, ale przecież liczy się dobra zabawa! Widzicie te moje pijane oczy?!


16. Kolejna osiemnastkowa impera, tym razem moja własna! Wiejskie klimaty zawsze spoko... Miejscówka w stodole tylko siana brakowało, tańce w w deszczu i błocie oczywiście w rytmie disco! Rodzina + znajomi, trochę alko, mnóstwo prezentów, obowiązkowa belgijka, podrzucanie ja latałam! Naprawdę latałam!!!  Nie chcę być nieskromna, ale najlepsza impreza na jakiej byłam! :D


15. Druga rocznica  i wiadomo o co chodzi :) Jestem sentymentalnym człowiekiem i daty mają dla mnie szczególne znaczenie, a przede wszystkim takie wyjątkowe daty! Tym razem uczciliśmy to skromnie i spontanicznie, czyli tak jak lubię najbardziej.


14. Noc spadających gwiazd! Czy Wy też to widzieliście? Gapiąc się uporczywie w niebo, widziałam niejeden przebłysk i biało-złotą smugę! W tym roku niezliczona ilość mignęła mi przed oczami, ale podobnie, jak w ubiegłych latach, wystarczyłaby mi tylko jedna gwiazda, bo życzenie wciąż to samo :)
  - Czekaj, ja się ułożę, a ty rób mi zdjęcie!
  - Ale jakie zdjęcie?
  - To nie robisz zdjęć? :o 
` balansując na pograniczu jawy i snu

13. Wycieczka z przyjaciółmi do Polańczyka! Cóż, kiedy pogoda dopisuje, grzech nie skorzystać! Woda, plaża, kocyk, dobre jedzenie i przede wszystkim dobrane towarzystwo! 

12. Wakacyjny wyjazd do Iwonicza! Nie powiem żeby należał do najlepszych, jednak jak zwykle nie narzekaliśmy na nudę! Opiekunowie stosowali niestandardowe metody wychowawcze, a uczestnicy turnusu tryskali niezwykle pozytywnym humorem! Każdy dzień był przepełniony aktywnością od rana, aż do zmroku, ale nawet w nocy, kiedy wychowawcy śpią, podopieczni grasują...


11. "Szalone Nożyczki", czyli kolejny spektakl! Wizyty w teatrze są w mojej codzienności rzadkością, poprzez nabierają dużego znaczenia i każde takie wydarzenie niezmiernie mnie cieszy!
źródło

10. Zdanie egzaminów zawodowych i drugi rok z rzędu świadectwo z paskiem to dla mnie wielki sukces! Oby mi tak dobrze szło do końca szkoły i jeszcze dłużej!


9. Finałowy występ mojego chłopaka na konkursie młodych talentów organizowanym przez Siemachę również i dla mnie był bardzo ważnym wydarzeniem! Pamiętam ekscytację, która towarzyszyła mi, kiedy mój gitarzysta wchodził na scenę! Później tylko narastająca duma i podziw :)


8. Znowu Kraków i  Kraków po raz kolejny, ale to miasto można odwiedzać bez końca!
8. Koncert Jednego Serca Jednego Ducha, którego w tym roku nie mogłam przepuścić! Kto mnie zna, ten wie, że jestem osobom głęboko wierzącą, wiec takie wydarzenia są dla mnie genialnym urozmaiceniem i umocnieniem w moich przekonaniach.


 7. Nocka w rzeszowskiej Siemasze! Bardzo miło wspominam czas, kiedy jeszcze należałam do tej organizacji. Naprawdę dużo się działo, a nocka spędzona tam to świetne doświadczenie, które wymagało organizacji, współpracy i nie lada kreatywności.


 6.  Wspominałam, że uwielbiam teatr? :) A więc, uwielbiam teatr, a ze wyżej wspominany mój wspaniały mężczyzna bawi się w aktora i bardzo, ale to bardzo mu to wychodzi, więc zabrał mnie raz na swój spektakl! "Piękna i Bestia" czyli moja ulubiona baśń, tym razem w musicalowej odsłonie naprawdę podbiła moje serce. Bardzo miło wspominam występ mojego spóźnialskiego zegarka, jak i całe przedstawienie!
źródło
 5. Wspaniałe Walentynki, które już po raz drugi obchodzę ze wspaniałym mężczyzną! :)


4. Ferie spędzone w Odporyszowie! Ten czas z pewnością przechodzi do niezapomnianych! Świetna i zgrana ekipa, wesoła zabawa, brak nudy! Szkoda, że tydzień tam spędzony minął w zawrotnym tempie i nim się obejrzeliśmy znów trzeba było wracać do szkoły... 


3. Sezon osiemnastek, który rozpoczęła świetna impreza u przyjaciółki! Później podobnych mniej i bardziej hucznych zabaw/ognisk/potańcówek było w ciul i jeszcze trochę! 
2. Założyłam Słoik Szczęścia. Co prawda nie wytrwałam do końca roku w codziennym wypisywaniu pozytywnych chwil, ale tych zapisanych wspomnień troszkę w środku wylądowało :)


1. Najcudowniejsze w moim życiu rozpoczęcie roku!
"Pamiętaj, że zawsze jest ktoś dla kogo jesteś największym skarbem! :* I ten ktoś zrobi dla Ciebie wszystko :*"
Czytaj więcej >

Odległość to najlepsza próba miłości, a obustronna tęsknota oznacza wygraną

  

"Nie obchodzi mnie, że ludzie twierdzą, że jestem zbyt delikatna i wrażliwa. Jestem, ale empatia nie jest złą cechą. Nie obchodzi mnie, że chcą abym robiła coś innego. Nie martwię się, że po ukończeniu szkoły będę uczyła się kolejne pięć lat za co będę musiała zapłacić 30 tysięcy, które nie wiem skąd wezmę. Wiem natomiast, że będę miała te pieniądze. Wiem, że jeśli będę słuchała serca i oleję podświadomość, która wszystkiemu potrafi dopisać drugie dno, będę szczęśliwa. Chciałam wyjechać, bo miałam dość tego, co mówili mi ludzie: nie będziesz miała pracy to bardzo ciężki kierunek. Słowa innych mają na nas bardzo ogromny wpływ. Możemy wmawiać sobie, że nie, ale nad podświadomością nie da się zapanować, a ona żywi się wszystkimi bodźcami zewnętrznymi.
Druga sprawa - ludzie. Mam najcudowniejsze przyjaciółki, mimo wszystko kochaną rodzinę i nie jestem w stanie ich zostawić. Pękłoby mi serce. Szczęście zawsze mamy przed nosem. Znajdujemy się w idealnym miejscu i czasie, a otaczający mnie ludzie są moim szczęściem. Trzeba być skończonym głupcem, żeby odpychać je aż za ocean. Pieniądze? Nie znaczą nic dopóki masz ich wystarczająco na jedzenie i wszystkie inne potrzebne rzeczy. Każdy ma w pewnym momencie wątpliwości. Życie nie jest łatwe, często pojawiają się trudności, ale my jesteśmy zbyt młodzi i beztroscy żeby podejmować takie decyzje."  
Ania 




Do wyjazdu i praktyk w Niemczech będę jeszcze niejednokrotnie powracać. Była to przygoda mojego życia. Poznałam trochę świata, inną kulturę, miałam okazję obyć się za granicą. Myślę, że stałam się trochę bardziej samodzielna, a ponadto bardzo zżyłam się z towarzyszącymi mi tam ludźmi. Nie zmienia to faktu, że trzy tygodnie to kopa czasu. Minął on bardzo szybko, lecz pod koniec tęsknota za domem ogarnęła nas wszystkich. Im bliżej powrotu, tym bardziej nie mogliśmy się doczekać, aż znów zobaczymy rodzinę, przyjaciół i ukochane osoby! Z każdą minutą narasta ekscytacja i podniecenie! Prawda jest taka, że nie da się tego zostawić na stałe. Żeby porzucić tych, co się kocha trzeba być głupcem, a tą miłość w znacznym stopniu zauważa się dopiero wtedy, kiedy nie ma ich obok. Czuć pustkę. Brakuje czyjegoś głosu, dotyku, uśmiechu. Brakuje rodzinnego ciepła, domowego obiadu, uścisku. To wspaniałe mieć miejsce na ziemi, do którego zawsze się wraca. Nie ma lepszego uczucia, niżeli zdawać sobie sprawę, że ktoś czeka na Ciebie czeka i tęskni.

Z dworca odebrał mnie tata i brat. Cierpliwie czekali aż pozbieram wszystkie swoje rzeczy, pomogli mi się zapakować do samochodu, przez całą drogę słuchali moich opowieści gdzie to nie byłam i co nie robiła... Nie zgadniecie jak bardzo wzruszyła się moja mama, kiedy przekroczyłam próg domu. Już w korytarzu czuć było zapach ciasteczek, jak zwykle zastałam ją w kuchni. Miała łzy w oczach, a kiedy mnie przytuliła, czułam jak spływały one pomiędzy naszymi policzkami. Automatycznie też się popłakałam... To najcudowniejszy prezent jaki mogła mi tego dnia sprawić.

Po południu przyjechał mój chłopak. Wyglądał jak po trzytygodniowym detoksie. Jakby przez ten czas odcięli mi dopływ tlenu. Uśmiechnął się na mój widok, tak jak to robi zawsze. Tak jak uwielbiam. Przytulił mnie mocno i powiedział, że już nigdy nigdzie nie puści. To dobrze, bo ja się już nigdzie nie wybieram.

Powrót do szkoły nie był łatwy...

Czytaj więcej >

Praktyki w Bielefeld

Trzy tygodnie. Ponad 1000 km od domu. Dziewiętnastogodzinna podróż autobusem dała nam wszystkim w kość. Na początku tryskaliśmy energią. Gra w karty, śmieszne żarciki, opowieści, śpiewanie piosenek - gdyby nie my, w autobusie panowałaby cisza, jak makiem zasiał, a tak to pasażerowie mieli kilka godzin rozrywki! Czas leciał szybko, dopóki nie nastała noc. No i się zaczęło... Jakby się tu wygodnie ułożyć i co zrobić z nogami? Czy wypada zasnąć na ramieniu koleżanki/kolegi? Wypadało. Sen wziął górę i w efekcie spaliśmy jedno na drugim, oprócz tego, co siedział przy oknie. To póki co mój najdłuższy wyjazd. Trochę samodzielności nie zaszkodzi. Przyznam nawet, że podobało mi się takie życie i dopóki miałam pieniądze, mogłabym tak funkcjonować. Na początku było trudno. Nasze obawy dotyczyły głównie nowego nieznajomego miejsca oraz przyszłej pracy. Czy trafimy do firmy? Jaki będzie nasz szef? Czy się z nim dogadamy? Niepotrzebnie się martwiliśmy. Poszukiwanie naszego miejsca pracy zajęło kilka godzin, lecz okazała być się to niezła zabawa w podchody! Mieliśmy tylko niedokładną mapę miasta i rozkład jazdy tramwajów, lecz intuicja doprowadziła nas do celu. Międzyczasie poznaliśmy z grubsza kulturę i zachowania rodowitych Niemców. Osobiście jestem zachwycona ich otwartością, wyluzowaniem i poczuciem humoru, lecz wiadomo, trafi się czasem jakaś czarna owca. Już pierwszego dnia miałam z takim typem do czynienia. Całkiem młody pan przechodzący chodnikiem tuż obok mnie, jasno dał mi do zrozumienia, ze mnie nie lubi. Przypuszczam, że byłam przypadkowym punktem rozładowania emocji, no i dobra. Niech sobie poprzeklina.


Drugi dzień rozpoczął się dla nas dosyć wcześnie. Budzik o godzinie 7.30 miał być ostateczną pobudką i tak już do końca naszych dniu w Bielefeldzie. W małym pięcioosobowym gronie przyjęło się, że chłopcy z rana robią śniadania, a dziewczyny (z racji tego, że wcześniej kończyłyśmy pracę) przygotowujemy obiady. Pierwsze posiłki dnia były w miarę zróżnicowane, czego nie można powiedzieć o obiadach. Przez dwa pierwsze tygodnie żywiliśmy się kurczakiem, ryżem i warzywami; ryżem, kurczakiem i warzywami; warzywami, kurczakiem i ryżem. Zazwyczaj składniki te przybierały postać risotto. Żeby zaoszczędzić wody, płynu do naczyń i czasu, jadaliśmy z jednego wielkiego półmiska. Opcja ta została wykluczona, dopiero kiedy odkryliśmy mrożone pizze z Lidla i zmieniliśmy jadłospis. Mrożonka za 1 euro to luksus, więc zagościła na naszym stole do końca wyjazdu. Ale żeby nie było tak nudno i standardowo muszę wspomnieć o jednym nieodłącznym elemencie tamtejszej kuchni (czyt. pomieszczenia). Specyficzna woń - czuć ją było tylko i wyłącznie, kiedy otwierało się drzwi prowadzące do kuchni oraz po wyjściu z niej, kiedy to ubrania i włosy były przesiąknięte zapachem ryby z oczami smażonej na czarnym oleju. Kiedy człowiek wyszedł spod prysznica lepiej, żeby nagle nie zgłodniał, bo będzie się musiał myć jeszcze raz. A wszystko za sprawą czarnoskórych lokatorów naszego schroniska, których przysmakiem były owe ryby z oczami.



Praca w firmie Neue Westfalische była strzałem w dziesiątkę! Przez dwa miesiące wałkowaliśmy język angielski, aby móc porozumiewać się z szefem, po czym okazało się, że nasz szef z angielskiego najlepszy nie jest. Stosowaliśmy zatem język niemiecko-angielsko-migowy i przyznam, że większych problemów z komunikacją nie było. Każdy z nas dostał swoje stanowisko z komputerem i minimum dwoma monitorami oraz tutoriale do wykonania. Osobiście zrobiłam trzy, co i tak pomogło mi nauczyć się programu Illustrator, ale później przerzuciłam się na edycje kodów HTML. Tak mniej więcej razem z koleżanką zmieniłyśmy wygląd szkolnego bloga. I tak codziennie przez piec dni w tygodniu, po 5 godzin siedzenia przy biurku, ale w towarzystwie szefa rozdającego czekoladki i głośno śpiewających sobie współpracowników praca to sama przyjemność.








Wydawać by się mogło, że wpadliśmy w rutynę. Śniadanie, praca, obiad, spać. Na szczęście weekendy mieliśmy wolne! Sobota i niedziela były dniami długiego spania. Nigdy jeszcze nie spałam tak długo, chyba że po jakiejś imprezie. Tutaj imprezowaliśmy we własnym gronie. Długie wieczorki szczerości bardzo nas przed sobą otworzyły. Oglądanie filmów do późna zawsze kończyły się niekontrolowanym zasypianiem. Niekontrolowane spanie dopadało nas również w tramwajach i autobusach. Dopiero teraz odkryłam, jakim jestem śpiochem. Soboty poświęcaliśmy na zakupy. Jak w tygodniu kupowaliśmy wyłącznie jedzenie, tak w weekendy szwendaliśmy się od sklepu do sklepu nieważne jakiego. Pod koniec mieliśmy już swoje ulubione miejsca, gdzie asortyment nas zachwycał! No dobra... Tylko mnie i koleżankę, bo chłopcy chodzili za nami posłusznie i nosili nasze bagaże bez słowa sprzeciwu.



Bielefeld jest ogólnie brzydkim miastem. Poza zabytkowym ratuszem, kilkoma fajnymi sklepami, wypasionym basenem i rewelacyjną komunikacją miejską nie ma tu nic ciekawego. W niedziele wszystko jest pozamykane, więc z góry byliśmy skazani na siedzenie w schronisku. O dziwo nuda nas nie dopadła. Nawet bezczynne leżenie w łóżkach uważaliśmy za ciekawe i produktywne zajęcie. W pewną niedziele pod wieczór wybraliśmy się do pana kierownika domku studenckiego na mini party. Muzyka, czipsy, bilard i czego nastolatkom więcej do szczęścia potrzeba? Innym razem odwiedziliśmy miasto Paderborn. Tam się dopiero zrobiło zakupy! Miałam tak obładowany plecak, że biedny nie wytrzymał i zmuszona byłam kupić nową dużą torbę! Główna ulica tego miasta to istny raj dla zakupoholików. Polecam na gorąco! Nie obyło się bez zwiedzania, ale kto by narzekał, wiedząc, że za chwilę pojedziemy na swoisty obiad. Faktycznie był to najlepszy posiłek, jaki miałam okazję skonsumować przez te trzy tygodnie. Frytki, kurczak w sosie słodko-kwaśnym, sałatki full wypas, sushi, a na deser owoce, lody i kawopodobne cappuccino! A to wszystko za jedyne 10 euro! Płacisz i jesz do syta, na cokolwiek masz ochotę.


Nie powiem, żeby nas tam rozpieszczali. Nie byliśmy też traktowani jako tania siła robocza, ale po prostu goście z Polski. Praktykanci, których trzeba przywitać, pokazać trochę świata, a później niech sobie robią, co chcą. To było fajne, bo mieliśmy możliwość zwiedzenia kilku muzeów, poznania nowego miasta, a nawet gościliśmy w ratuszu na spotkaniu z panią wiceprezydent! Ostatnim punktem wyjazdu były odwiedziny w naszej szkole partnerskiej i uczestnictwo w lekcjach naszych niemieckich rówieśników oraz podsumowanie praktyk. I tu się przydał nasz angielski!





Czytaj więcej >

Cztery lata minęło, jak jeden dzień

19 listopada to dla mnie dosyć ważna data. Co roku świętuję ją skromnie, ale z uśmiechem na twarzy. Dzisiejszy dzień nie będzie wyjątkiem. Dokładnie cztery lata temu napisałam pierwszy post. Był on dosyć prymitywny. Retoryka nie powalała, nie wspominając już o tematach (a raczej nie tematach) jakie poruszałam.  Kompletnie nie znałam się na prowadzeniu bloga, więc jego wygląd opierał się na marnych gotowcach. Pisałam nieregularnie. Moje długie przerwy prowadziły do utraty czytelników, ale z czasem przybywało ich coraz więcej. Po czterech latach mam niespełna 540 stałych obserwatorów. Zaawansowani blogerzy pewnie wyśmialiby taką liczbę, lecz ja jestem z niej niesamowicie dumna. Wiem, że również moi znajomi, którzy nie mają możliwości należenia do kręgu obserwatorów, bacznie śledzą moje wpisy. To niesamowicie buduje pewność, zapał i chęci do pisania, tym bardziej, że tematów i nowych pomysłów na posty wciąż przybywa! Jak widzicie, mój blog przeszedł gruntowny remont, przez co na kilka dni był dla Was niedostępny. To jest pierwsza, ale nie jedyna zmiana. Już wkrótce startuję z nowym opowiadaniem! Będzie ono dostępne tutaj pod zakładką "story". Mam też nadzieję, że uda mi się pisać regularniej i chciałabym wprowadzić posty tematyczne.


Co roku wspominam ten pierwszy raz, kiedy to napisałam wstępne kilka słów o sobie. Trzeba podkreślić, że na początku bałam się ujawnić, więc wypowiadałam się anonimowo. Chciałam, żeby blog był moim prywatnym miejscem, w którym mogłam się wygadać i wygłosić opinie na dane tematy, lecz w pewnym momencie skrywanie własnego ja, stało się uciążliwe. Właśnie to skłoniło mnie do ujawnienia się, czego nie żałuję. Od trzech lat chwalę się wszem i wobec, że jestem blogerką. A kiedy ktoś pyta jakiego bloga prowadzę, odpowiadam, że wyjątkowego ;)


Przed moim wyjazdem do Bielefeldu, odbył się polmetek klas trzecich, a ze ze mnie taka stara kopa i do klasy trzeciej uczeszczam juz cale jedno polrocze, nie moglam przepuscic takiej zabawy. Przyznam, ze impreza nie nalezala do najtanszych, lecz osobiscie uwazam, ze nie ma co zalowac pieniedzy na takie eventy, tym bardziej, ze druga i prawdopodobnie ostatnia tego typu impreza to studniowka... Same przygotowania duzo nie kosztowaly. Ba! Polmetek byl niezla wymowka, do zakupienia wymarzonej sukienki i pierwszych czarnych szpilek! Nie planowalam fryzjera i kosmetychki, lecz tuz przed wyjsciem z domu zadzwonila przyjaciolka i zaoferowala pomoc. Poddalam sie jej prostownicy i kosmetykom. Kiedy wysylam z lazienki nie zabraklo ochow i achow, ale ma skromnosc zdecydowanie zaprzecza cobym tak wspaniale wygladala. Niemniej jednak, kiedy zobaczylam mego przyszlego meza w bialej koszuli i krawacie, cisnienie podskoczylo mi niemal od razu i zakochalam sie w nim na nowo. Sama impreza byla wystrzalowa! Jedzenie takie sobie, ale to nie byl najwazniejszy punkt spotkania. Dobra zabawa zalezala glownie od towazystwa i muzyki, a tego z pewnoscia nie brakowalo! Stolik przy ktorym zasiadlam byl wczesniej zaplanowany i z zadowoleniem stwierdzam, ze moi towarzysze byli strzalem w dziesiatke! Swoje zarty najlepsze, ciagle toasty i nieschodzacy usmiech z twarzy! Alkohol rowniez rozluznil atmosfere, ale wszyscy bawili sie kulturalnie i na przyzwoitym poziomie.


Kochani, jesteście naprawdę wspaniali. Publikując poprzedniego posta, nie spodziewałam się takiego odzewu w komentarzach! Muszę przyznać, że naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyliście, tym bardziej, że ja u Was mam ogromne zaległości. Cóż, z Niemiec jeszcze nie wróciłam i gdyby nie fakt, że Internet tutaj jest tragiczny być może nadrobiłabym wszystko od ręki. Póki co muszę się użerać, bo zwyczajna rozmowa przez Skype z rodziną, przez fatalne połączenie trwa godzinami. O samym wyjeździe, mieście i praktyce tutaj nie będę na razie nic pisać. Przytrzymam Was w niepewności i opowiem wszystko na spokojnie jak wrócę do domu. Ps: przepraszam za brak polskich liter, ale niemiecka klawiatura nie jest moim sprzymierzencem...
Czytaj więcej >
Create your space © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka