Listy do M

Po czym poznać, że nadchodzi zima? Stos książek przy łóżku, na stoliku brudne kubki po herbacie, na noc gruba pierzyna i koc, a ponadto suche ręce i piekące popękane kłykcie. Organizm wyczuwa późnojesienny klimat, a za oknem słońce. Coroczne objawy nadchodzących mrozów już są, ale podobno klimat wciąż się ociepla. Śniegu, gdzie jesteś? Czy zawitasz do nas na święta? Byle nie na wielkanocne! 

Boże narodzenie tuż tuż! Nareszcie uliczne ozdoby i światełka znajdują swoje wytłumaczenie. W radio coraz częściej można natknąć się na "All I Want (...) is You", bo "Last Christmas" jest już przereklamowane. Ciężarówki CocaColi jeżdżą po miastach i rozdają gadżety, w galeriach handlowych i sklepach coraz większy tłok w poszukiwaniu gwiazdkowych prezentów. A właśnie, choinka! W tym roku plastikowa, bo po żywej trzeba sprzątać... Taka oto magia corocznych świąt. Czujesz ją?  
Ja co roku miałam z tym problem. Niby świąteczny nastrój trwał już od listopada, ale wigilia i Boże narodzenie same w sobie były pozbawione uroku. Rok w rok to samo. Ta sama choinka, te same ozdoby, te same piosenki, te same dania na wigilii. Jednym słowem nuda! Tak to jest, kiedy człowiek się przyzwyczai. Nie dziwi i nie zachwyca już widok (chociażby nawet) najpiękniejszych światełek, a najwyższa choinka w mieście nie powala już wielkością, bo święta stały się zbyt komercyjne. Adwent, czyli radosny czas oczekiwania na przyjście Jezusa, stał się bardziej "radosny", niż "czas oczekiwania", tylko że ta radość już nie cieszy. Bądźmy szczerzy, ileż można zachwycać się plastikowymi dekoracjami, sztucznymi choinkami, świecidełkami? Można, ale sensu świąt trzeba szukać gdzie indziej!

W tym roku nie miałam szczególnych adwentowych postanowień. Nie odmawiałam sobie słodyczy ani nie ograniczałam czasu spędzonego przed komputerem. Biegłam jak zwykle w swoim tempie, a świat pędził obok mnie, ale chyba innym torem. Nim się obejrzałam, bożonarodzeniowy klimat wdarł się w ludzką codzienność, ale ja nie miałam czasu tego zauważyć. Tak jakoś samo się złożyło, że przeoczyłam całą tą komercję... Ominął mnie bożonarodzeniowy jarmark w moim mieście, a nawet przyjazd ciężarówki CocaColi! Wydarzenia całkiem fajne, ale nie widzę sensu stać w godzinnej kolejce do czerwonego tira, żeby dostać kolę w puszce ze świątecznym ornamentem, aby poczuć klimat świat. To raczej nie to.

A więc czym są dla mnie święta? Chyba czasem spędzonym z rodziną, brakiem pośpiechu, lekcją gotowania, nauką fałszu śpiewu? Może uczniem się cierpliwości i pokory? Czasem na wszystko? Pomocą bliskim? Wysyłaniem kartek świątecznych? Dekorowaniem drzewka w towarzystwie najważniejszych dla mnie osób, może montowaniem światełek, wspominaniem "jak to było rok temu..."?  Pieczeniem pierniczków, robieniem ozdób? Wyczekiwaniem na pierwszą gwiazdkę, dzieleniem się opłatkiem, szczerymi życzeniami? Śpiewaniem kolęd? Wspólną modlitwą?  Pasterką? Przebaczeniem?  Radością w sercu i uśmiechem na twarzy? Miłością? Szczęściem?
To chyba to.



Listy do M po raz kolejny zachwyciły mnie swoim świątecznym klimatem i romantycznym humorem, tym razem w drugiej odsłonie. Co jak co, ale tego nie mogłam przegapić! Polski film do kin (nie trzeba czytać ♥) wszedł już w listopadzie, lecz obejrzałam go dopiero po powrocie z Niemiec. Czym zaskoczył mnie tym razem?
Po czterech latach ci sami bohaterowie borykają się z kolejnymi kłopotami. Wiele wątków i wiele historii znów zatacza koło i przeplata się między sobą. Doris i Mikołaj za pomącą Kostka, w końcu się zaręczają. Wojciech i Małgorzata prawdopodobnie spędzają razem ostatnie święta. Szczepan i Karina znowu się spotykają, przypadkowo, bo przypadkowo, ale jednak. Ich córka Majka nareszcie znalazła miłość swojego życia. Melchior postanawia w końcu spoważnieć i zainteresować się synem. W tej części pojawią się również nowi bohaterowie Redo i Monika - czyli zakochana para, lecz w ich życie z kopytami wejdzie Magda przy boku swojej owieczki.



Szukasz świątecznych inspiracji, aby poczuć ten wyjątkowy klimat? Nic prostszego! Wystarczy uwierzyć w magię świąt. Niech nie będą to tylko prezenty pod choinką, ale przede wszystkim chwile spędzone w gronie rodziny! Ja zamierzam w stu procentach wykorzystać wolny czas i przede wszystkim:
♥ zrobić generalne porządki
♥ upiec pierniczki
♥ zrobić ozdoby na choinkę
♥ ubrać drzewko
♥ przyozdobić okna lampkami
♥ przygotować świąteczną paczkę dla potrzebujących
♥ nauczyć się na pamięć tekstów wszystkich świątecznych piosenek
♥ obejrzeć wszystkie części Piratów z Karaibów i Gwiezdnych Wojen
♥ przeczytać ogromną ilość książek
♥ wysłać kartki z życzeniami
♥ nie uczyć się
♥ zagrać z bratem w Scrabble
♥ pomóc mamie w wypiekach


Twój talent jest darem od Boga. To, co z nim zrobisz, jest twoim darem dla Boga. Jesteś powołany do konkretnej misji, przeznaczonej tylko i wyłącznie dla ciebie. Nikt inny nie jest w stanie wykonać jej tak doskonale jak ty. Nie trać czasu i zacznij realizować ten wspaniały plan. Bóg nie obdarzy Cię kolejnymi talentami, jeśli nie wykorzystasz tych, które już masz. Nie marnuj czasu.

claudia-ss.blogspot.com

Czytaj więcej >

Odległość to najlepsza próba miłości, a obustronna tęsknota oznacza wygraną

  

"Nie obchodzi mnie, że ludzie twierdzą, że jestem zbyt delikatna i wrażliwa. Jestem, ale empatia nie jest złą cechą. Nie obchodzi mnie, że chcą abym robiła coś innego. Nie martwię się, że po ukończeniu szkoły będę uczyła się kolejne pięć lat za co będę musiała zapłacić 30 tysięcy, które nie wiem skąd wezmę. Wiem natomiast, że będę miała te pieniądze. Wiem, że jeśli będę słuchała serca i oleję podświadomość, która wszystkiemu potrafi dopisać drugie dno, będę szczęśliwa. Chciałam wyjechać, bo miałam dość tego, co mówili mi ludzie: nie będziesz miała pracy to bardzo ciężki kierunek. Słowa innych mają na nas bardzo ogromny wpływ. Możemy wmawiać sobie, że nie, ale nad podświadomością nie da się zapanować, a ona żywi się wszystkimi bodźcami zewnętrznymi.
Druga sprawa - ludzie. Mam najcudowniejsze przyjaciółki, mimo wszystko kochaną rodzinę i nie jestem w stanie ich zostawić. Pękłoby mi serce. Szczęście zawsze mamy przed nosem. Znajdujemy się w idealnym miejscu i czasie, a otaczający mnie ludzie są moim szczęściem. Trzeba być skończonym głupcem, żeby odpychać je aż za ocean. Pieniądze? Nie znaczą nic dopóki masz ich wystarczająco na jedzenie i wszystkie inne potrzebne rzeczy. Każdy ma w pewnym momencie wątpliwości. Życie nie jest łatwe, często pojawiają się trudności, ale my jesteśmy zbyt młodzi i beztroscy żeby podejmować takie decyzje."  
Ania 




Do wyjazdu i praktyk w Niemczech będę jeszcze niejednokrotnie powracać. Była to przygoda mojego życia. Poznałam trochę świata, inną kulturę, miałam okazję obyć się za granicą. Myślę, że stałam się trochę bardziej samodzielna, a ponadto bardzo zżyłam się z towarzyszącymi mi tam ludźmi. Nie zmienia to faktu, że trzy tygodnie to kopa czasu. Minął on bardzo szybko, lecz pod koniec tęsknota za domem ogarnęła nas wszystkich. Im bliżej powrotu, tym bardziej nie mogliśmy się doczekać, aż znów zobaczymy rodzinę, przyjaciół i ukochane osoby! Z każdą minutą narasta ekscytacja i podniecenie! Prawda jest taka, że nie da się tego zostawić na stałe. Żeby porzucić tych, co się kocha trzeba być głupcem, a tą miłość w znacznym stopniu zauważa się dopiero wtedy, kiedy nie ma ich obok. Czuć pustkę. Brakuje czyjegoś głosu, dotyku, uśmiechu. Brakuje rodzinnego ciepła, domowego obiadu, uścisku. To wspaniałe mieć miejsce na ziemi, do którego zawsze się wraca. Nie ma lepszego uczucia, niżeli zdawać sobie sprawę, że ktoś czeka na Ciebie czeka i tęskni.

Z dworca odebrał mnie tata i brat. Cierpliwie czekali aż pozbieram wszystkie swoje rzeczy, pomogli mi się zapakować do samochodu, przez całą drogę słuchali moich opowieści gdzie to nie byłam i co nie robiła... Nie zgadniecie jak bardzo wzruszyła się moja mama, kiedy przekroczyłam próg domu. Już w korytarzu czuć było zapach ciasteczek, jak zwykle zastałam ją w kuchni. Miała łzy w oczach, a kiedy mnie przytuliła, czułam jak spływały one pomiędzy naszymi policzkami. Automatycznie też się popłakałam... To najcudowniejszy prezent jaki mogła mi tego dnia sprawić.

Po południu przyjechał mój chłopak. Wyglądał jak po trzytygodniowym detoksie. Jakby przez ten czas odcięli mi dopływ tlenu. Uśmiechnął się na mój widok, tak jak to robi zawsze. Tak jak uwielbiam. Przytulił mnie mocno i powiedział, że już nigdy nigdzie nie puści. To dobrze, bo ja się już nigdzie nie wybieram.

Powrót do szkoły nie był łatwy...

Czytaj więcej >

Praktyki w Bielefeld

Trzy tygodnie. Ponad 1000 km od domu. Dziewiętnastogodzinna podróż autobusem dała nam wszystkim w kość. Na początku tryskaliśmy energią. Gra w karty, śmieszne żarciki, opowieści, śpiewanie piosenek - gdyby nie my, w autobusie panowałaby cisza, jak makiem zasiał, a tak to pasażerowie mieli kilka godzin rozrywki! Czas leciał szybko, dopóki nie nastała noc. No i się zaczęło... Jakby się tu wygodnie ułożyć i co zrobić z nogami? Czy wypada zasnąć na ramieniu koleżanki/kolegi? Wypadało. Sen wziął górę i w efekcie spaliśmy jedno na drugim, oprócz tego, co siedział przy oknie. To póki co mój najdłuższy wyjazd. Trochę samodzielności nie zaszkodzi. Przyznam nawet, że podobało mi się takie życie i dopóki miałam pieniądze, mogłabym tak funkcjonować. Na początku było trudno. Nasze obawy dotyczyły głównie nowego nieznajomego miejsca oraz przyszłej pracy. Czy trafimy do firmy? Jaki będzie nasz szef? Czy się z nim dogadamy? Niepotrzebnie się martwiliśmy. Poszukiwanie naszego miejsca pracy zajęło kilka godzin, lecz okazała być się to niezła zabawa w podchody! Mieliśmy tylko niedokładną mapę miasta i rozkład jazdy tramwajów, lecz intuicja doprowadziła nas do celu. Międzyczasie poznaliśmy z grubsza kulturę i zachowania rodowitych Niemców. Osobiście jestem zachwycona ich otwartością, wyluzowaniem i poczuciem humoru, lecz wiadomo, trafi się czasem jakaś czarna owca. Już pierwszego dnia miałam z takim typem do czynienia. Całkiem młody pan przechodzący chodnikiem tuż obok mnie, jasno dał mi do zrozumienia, ze mnie nie lubi. Przypuszczam, że byłam przypadkowym punktem rozładowania emocji, no i dobra. Niech sobie poprzeklina.


Drugi dzień rozpoczął się dla nas dosyć wcześnie. Budzik o godzinie 7.30 miał być ostateczną pobudką i tak już do końca naszych dniu w Bielefeldzie. W małym pięcioosobowym gronie przyjęło się, że chłopcy z rana robią śniadania, a dziewczyny (z racji tego, że wcześniej kończyłyśmy pracę) przygotowujemy obiady. Pierwsze posiłki dnia były w miarę zróżnicowane, czego nie można powiedzieć o obiadach. Przez dwa pierwsze tygodnie żywiliśmy się kurczakiem, ryżem i warzywami; ryżem, kurczakiem i warzywami; warzywami, kurczakiem i ryżem. Zazwyczaj składniki te przybierały postać risotto. Żeby zaoszczędzić wody, płynu do naczyń i czasu, jadaliśmy z jednego wielkiego półmiska. Opcja ta została wykluczona, dopiero kiedy odkryliśmy mrożone pizze z Lidla i zmieniliśmy jadłospis. Mrożonka za 1 euro to luksus, więc zagościła na naszym stole do końca wyjazdu. Ale żeby nie było tak nudno i standardowo muszę wspomnieć o jednym nieodłącznym elemencie tamtejszej kuchni (czyt. pomieszczenia). Specyficzna woń - czuć ją było tylko i wyłącznie, kiedy otwierało się drzwi prowadzące do kuchni oraz po wyjściu z niej, kiedy to ubrania i włosy były przesiąknięte zapachem ryby z oczami smażonej na czarnym oleju. Kiedy człowiek wyszedł spod prysznica lepiej, żeby nagle nie zgłodniał, bo będzie się musiał myć jeszcze raz. A wszystko za sprawą czarnoskórych lokatorów naszego schroniska, których przysmakiem były owe ryby z oczami.



Praca w firmie Neue Westfalische była strzałem w dziesiątkę! Przez dwa miesiące wałkowaliśmy język angielski, aby móc porozumiewać się z szefem, po czym okazało się, że nasz szef z angielskiego najlepszy nie jest. Stosowaliśmy zatem język niemiecko-angielsko-migowy i przyznam, że większych problemów z komunikacją nie było. Każdy z nas dostał swoje stanowisko z komputerem i minimum dwoma monitorami oraz tutoriale do wykonania. Osobiście zrobiłam trzy, co i tak pomogło mi nauczyć się programu Illustrator, ale później przerzuciłam się na edycje kodów HTML. Tak mniej więcej razem z koleżanką zmieniłyśmy wygląd szkolnego bloga. I tak codziennie przez piec dni w tygodniu, po 5 godzin siedzenia przy biurku, ale w towarzystwie szefa rozdającego czekoladki i głośno śpiewających sobie współpracowników praca to sama przyjemność.








Wydawać by się mogło, że wpadliśmy w rutynę. Śniadanie, praca, obiad, spać. Na szczęście weekendy mieliśmy wolne! Sobota i niedziela były dniami długiego spania. Nigdy jeszcze nie spałam tak długo, chyba że po jakiejś imprezie. Tutaj imprezowaliśmy we własnym gronie. Długie wieczorki szczerości bardzo nas przed sobą otworzyły. Oglądanie filmów do późna zawsze kończyły się niekontrolowanym zasypianiem. Niekontrolowane spanie dopadało nas również w tramwajach i autobusach. Dopiero teraz odkryłam, jakim jestem śpiochem. Soboty poświęcaliśmy na zakupy. Jak w tygodniu kupowaliśmy wyłącznie jedzenie, tak w weekendy szwendaliśmy się od sklepu do sklepu nieważne jakiego. Pod koniec mieliśmy już swoje ulubione miejsca, gdzie asortyment nas zachwycał! No dobra... Tylko mnie i koleżankę, bo chłopcy chodzili za nami posłusznie i nosili nasze bagaże bez słowa sprzeciwu.



Bielefeld jest ogólnie brzydkim miastem. Poza zabytkowym ratuszem, kilkoma fajnymi sklepami, wypasionym basenem i rewelacyjną komunikacją miejską nie ma tu nic ciekawego. W niedziele wszystko jest pozamykane, więc z góry byliśmy skazani na siedzenie w schronisku. O dziwo nuda nas nie dopadła. Nawet bezczynne leżenie w łóżkach uważaliśmy za ciekawe i produktywne zajęcie. W pewną niedziele pod wieczór wybraliśmy się do pana kierownika domku studenckiego na mini party. Muzyka, czipsy, bilard i czego nastolatkom więcej do szczęścia potrzeba? Innym razem odwiedziliśmy miasto Paderborn. Tam się dopiero zrobiło zakupy! Miałam tak obładowany plecak, że biedny nie wytrzymał i zmuszona byłam kupić nową dużą torbę! Główna ulica tego miasta to istny raj dla zakupoholików. Polecam na gorąco! Nie obyło się bez zwiedzania, ale kto by narzekał, wiedząc, że za chwilę pojedziemy na swoisty obiad. Faktycznie był to najlepszy posiłek, jaki miałam okazję skonsumować przez te trzy tygodnie. Frytki, kurczak w sosie słodko-kwaśnym, sałatki full wypas, sushi, a na deser owoce, lody i kawopodobne cappuccino! A to wszystko za jedyne 10 euro! Płacisz i jesz do syta, na cokolwiek masz ochotę.


Nie powiem, żeby nas tam rozpieszczali. Nie byliśmy też traktowani jako tania siła robocza, ale po prostu goście z Polski. Praktykanci, których trzeba przywitać, pokazać trochę świata, a później niech sobie robią, co chcą. To było fajne, bo mieliśmy możliwość zwiedzenia kilku muzeów, poznania nowego miasta, a nawet gościliśmy w ratuszu na spotkaniu z panią wiceprezydent! Ostatnim punktem wyjazdu były odwiedziny w naszej szkole partnerskiej i uczestnictwo w lekcjach naszych niemieckich rówieśników oraz podsumowanie praktyk. I tu się przydał nasz angielski!





Czytaj więcej >

Cztery lata minęło, jak jeden dzień

19 listopada to dla mnie dosyć ważna data. Co roku świętuję ją skromnie, ale z uśmiechem na twarzy. Dzisiejszy dzień nie będzie wyjątkiem. Dokładnie cztery lata temu napisałam pierwszy post. Był on dosyć prymitywny. Retoryka nie powalała, nie wspominając już o tematach (a raczej nie tematach) jakie poruszałam.  Kompletnie nie znałam się na prowadzeniu bloga, więc jego wygląd opierał się na marnych gotowcach. Pisałam nieregularnie. Moje długie przerwy prowadziły do utraty czytelników, ale z czasem przybywało ich coraz więcej. Po czterech latach mam niespełna 540 stałych obserwatorów. Zaawansowani blogerzy pewnie wyśmialiby taką liczbę, lecz ja jestem z niej niesamowicie dumna. Wiem, że również moi znajomi, którzy nie mają możliwości należenia do kręgu obserwatorów, bacznie śledzą moje wpisy. To niesamowicie buduje pewność, zapał i chęci do pisania, tym bardziej, że tematów i nowych pomysłów na posty wciąż przybywa! Jak widzicie, mój blog przeszedł gruntowny remont, przez co na kilka dni był dla Was niedostępny. To jest pierwsza, ale nie jedyna zmiana. Już wkrótce startuję z nowym opowiadaniem! Będzie ono dostępne tutaj pod zakładką "story". Mam też nadzieję, że uda mi się pisać regularniej i chciałabym wprowadzić posty tematyczne.


Co roku wspominam ten pierwszy raz, kiedy to napisałam wstępne kilka słów o sobie. Trzeba podkreślić, że na początku bałam się ujawnić, więc wypowiadałam się anonimowo. Chciałam, żeby blog był moim prywatnym miejscem, w którym mogłam się wygadać i wygłosić opinie na dane tematy, lecz w pewnym momencie skrywanie własnego ja, stało się uciążliwe. Właśnie to skłoniło mnie do ujawnienia się, czego nie żałuję. Od trzech lat chwalę się wszem i wobec, że jestem blogerką. A kiedy ktoś pyta jakiego bloga prowadzę, odpowiadam, że wyjątkowego ;)


Przed moim wyjazdem do Bielefeldu, odbył się polmetek klas trzecich, a ze ze mnie taka stara kopa i do klasy trzeciej uczeszczam juz cale jedno polrocze, nie moglam przepuscic takiej zabawy. Przyznam, ze impreza nie nalezala do najtanszych, lecz osobiscie uwazam, ze nie ma co zalowac pieniedzy na takie eventy, tym bardziej, ze druga i prawdopodobnie ostatnia tego typu impreza to studniowka... Same przygotowania duzo nie kosztowaly. Ba! Polmetek byl niezla wymowka, do zakupienia wymarzonej sukienki i pierwszych czarnych szpilek! Nie planowalam fryzjera i kosmetychki, lecz tuz przed wyjsciem z domu zadzwonila przyjaciolka i zaoferowala pomoc. Poddalam sie jej prostownicy i kosmetykom. Kiedy wysylam z lazienki nie zabraklo ochow i achow, ale ma skromnosc zdecydowanie zaprzecza cobym tak wspaniale wygladala. Niemniej jednak, kiedy zobaczylam mego przyszlego meza w bialej koszuli i krawacie, cisnienie podskoczylo mi niemal od razu i zakochalam sie w nim na nowo. Sama impreza byla wystrzalowa! Jedzenie takie sobie, ale to nie byl najwazniejszy punkt spotkania. Dobra zabawa zalezala glownie od towazystwa i muzyki, a tego z pewnoscia nie brakowalo! Stolik przy ktorym zasiadlam byl wczesniej zaplanowany i z zadowoleniem stwierdzam, ze moi towarzysze byli strzalem w dziesiatke! Swoje zarty najlepsze, ciagle toasty i nieschodzacy usmiech z twarzy! Alkohol rowniez rozluznil atmosfere, ale wszyscy bawili sie kulturalnie i na przyzwoitym poziomie.


Kochani, jesteście naprawdę wspaniali. Publikując poprzedniego posta, nie spodziewałam się takiego odzewu w komentarzach! Muszę przyznać, że naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyliście, tym bardziej, że ja u Was mam ogromne zaległości. Cóż, z Niemiec jeszcze nie wróciłam i gdyby nie fakt, że Internet tutaj jest tragiczny być może nadrobiłabym wszystko od ręki. Póki co muszę się użerać, bo zwyczajna rozmowa przez Skype z rodziną, przez fatalne połączenie trwa godzinami. O samym wyjeździe, mieście i praktyce tutaj nie będę na razie nic pisać. Przytrzymam Was w niepewności i opowiem wszystko na spokojnie jak wrócę do domu. Ps: przepraszam za brak polskich liter, ale niemiecka klawiatura nie jest moim sprzymierzencem...
Czytaj więcej >

100 happy days

Głównym tematem dzisiejszej notki jest 100 happy days, czyli akcja wyzywająca nas do nieustannego szczęścia przez sto dni pod rząd. Jak powszechnie wiadomo, sekret szczęścia kryje się małych rzeczach, których nie dostrzegamy w ciągłym pędzie życia. Challenge 100happydays pomaga nam się zatrzymać i spojrzeć na świat przez pryzmat radości. Przekonajcie się jakie to łatwe! Wystarczy jedno zdjęcie, rzeczy, zdarzenia, miejsca, zjawiska, człowieka, dzięki któremu na Twojej twarzy pojawił się uśmiech! Ja chcę sobie udowodnić, że dam radę i póki co dobrze mi idzie! A Wy podejmiecie się tego zadania? :)


Moje szczęśliwe zdjęcia umieszczam na Instagramie >>krasnoludeek<<. Takie małe rzeczy, a dają tyle radości!

Kolejny tag może być złym znakiem świadczącym o tym, że moja wena poszła się gibać. Nic bardziej mylnego! Weny i aspiracji mi nie brakuje, lecz bezlitosny pożeracz czasu (jak sama nazwa wskazuje) jest bezlitosny. Tag dodaję dopiero teraz, chociaż na pytania odpowiedziałam w domu, kiedy to jeszcze dysponowałam czasem wolnym i internetem. Przyznam się bez bicia, że podczas mojego wyjazdu (dla niewtajemniczonych - mam trzytygodniowe praktyki w Niemczech) mam zamiar zanudzić Was jeszcze jedną tego typu notką. Bądźcie wyrozumiali i nie gniewajcie się za zaległości na Waszych blogach. Naprawdę bardzo mi smutno, że ominie mnie tyle ciekawych postów, ale uwierzcie, że nie byłabym sobą, gdybym czas w całkowicie nowym mieście, gdzie jest tyle rzeczy do odkrycia (!!!) miała spędzić przed komputerem :3


1. Dlaczego się uśmiechasz?
Powodów jest wiele. Może przede wszystkim, dlatego że uwielbiam to robić! Uśmiech to wspaniały kosmetyk, który rozświetla naszą twarz i dodaje uroku ;) Ponadto śmiech to zdrowie, a swoje żarty jak wiadomo, najlepsze, więc dlaczego nie uśmiechnąć by się pod nosem, chociażby z tak błahego powodu, jak ładna pogoda, czy widok czyjejś osoby?



2. Co jest Twoją największą pasją i dlaczego?
Tutaj warto się zastanowić nad różnicą polegającą między pasją a zainteresowaniami. Zainteresowań mam wiele i nie prowadzę jakiegoś szczególnego rankingu, co lubię robić najbardziej, a co najmniej. Mam ochotę czytać- czytam, mam ochotę rysować- rysuję, mam ochotę na film - oglądam film. Pytanie jednak dotyczy pasji, czyli zajęcia, któremu chce się poświęcić życie, a ja jeszcze takowego nie posiadam.

3. Najpiękniejsza książka, którą ostatnio przeczytałaś?
Poradnik "Jesteś cudem" autorstwa Reginy Brett! Nadal nie mogę wyjść spod uroku jej optymistycznego, przepełnionego dobroci i miłości przesłania, które nierzadko motywuje! Polecam czytelnikom w każdym wieku, niezależnie od stanu emocjonalnego.

4. Jaki film najbardziej Cię wzruszył?
W ogromnej mierze oglądam romanse i melodramaty, a w większość tych filmów jest bardzo poruszająca. Prawdę powiedziawszy, łezka w oku mu się zakręci na niejednym z nich. Jako że Titanica oglądałam, a nie wzruszył mnie on za bardzo (chociaż film przepiękny) podam tu tytuł już przeze mnie recenzowany "Jeden Dzień", kiedy to podczas transmisji filmu, w zaszokowaniu przytykałam  sobie dłoń do ust, ilekroć go oglądałam. Naprawdę fabuła mnie zaskoczyła, bo przyznam, że nie tak przykrego końca tej cudownej historii się spodziewałam.




5. Jakich ludzi najbardziej lubisz?
Optymistycznych! Brzmi banalnie, ale to właśnie optymiści z reguły są bardzo mili, sympatyczni, zabawni, pewni siebie, otwarci o gotowi na nowe wyzwania. Któż nie lubi takich ludzi?

6. Kim chciałabyś być za 10 lat i jaką kobietą chciałabyś być?
Na pytanie, kim odpowiadam kochającą żoną i dobrą matką. Na pytanie, jaką kobietą odpowiadam, szczęśliwą.

7. Ulubione miejsce na świecie?
Ramiona mojego mężczyzny. Nie ma drugiego takiego miejsca, gdzie czułabym się równie kochana i bezpieczna.

8. Ulubiona rzecz w Twojej torebce?
Jedzenie. To ono zajmuje większą część przestrzeni, bo nie czarujmy się... Lepiej dobrze zjeść, niż podobać się byle komu.

9. Masz jakiś szczęśliwy numerek, szczęśliwą rzecz, którą w ważnych chwilach masz przy sobie?
Raczej nie. Kiedyś na zawodach w siatkówkę wybrałam koszulkę z numerem 5, bo w horoskopie było napisane, że to moja szczęśliwa cyfra. Moja drużyna zajęła trzecie miejsce, z czego jestem niezmiernie dumna, lecz nie sądzę, że przyczyniła się do tego cyferka 5.

10. Boisz się życia? Dlaczego tak, dlaczego nie?
Boję się i nie boję. Życie jest piękne i potrafi zaskakiwać, lecz nie zawsze pozytywnie.

11. Dlaczego blogujesz? Czego potrzebujesz od blogowania?
Założyłam bloga, bo potrzebowałam swojej własnej przestrzeni w sieci, gdzie mogłabym pisać i wyrażać swoje zdanie na różne tematy. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez tego kawałka mojego internetu. Tyle tu moich słów, żalów, przekonań, iż ta cyberprzestrzeń stanowi część mnie.



Czytaj więcej >

Kochaj tak, jakby jutra miało nie być

Jaka wspaniała jest wolna sobota, wie tylko ten, kto przeżył 40 godzin ponadprogramowego angielskiego. Zakładam, że szósty dzień nauki nie uśmiecha się nikomu, a co dopiero, jeżeli miałoby to być 5 godzin w jednej klasie, z jedną nauczycielką, mówiącą tylko i wyłącznie w języku angielskim. Po tym wszystkim jeszcze bardziej zaczynam doceniać piękno naszej polszczyzny. Podsumowując, zajęcia przygotowawcze do zagranicznych praktyk dobiegły końca. Nie czuję się ani mądrzejsza, ani głupsza. Trzymam się tego, co powiedziała moja przyszła towarzyszka podróży i współlokatorka - nie dam sobie wmówić, że sobie nie poradzę. Nic nie jest jeszcze dopięte na ostatni guzik. Przed nami masa papierów do podpisania, kilka szkoleń, kilka spotkań w sprawach organizacyjnych. I za tydzień wyjeżdżam. Ale zanim... Muszę poukładać sobie kilka spraw. Mam zaległości w nauce i mimo że staram się, jak mogę, ciężko nadrobić kilka nieobecności na lekcjach, tym bardziej że na bieżąco jestem katowana wiecznymi wymaganiami nauczycieli. Zalegam z listami, komentarzami i wszystkim wszystkim... Ogromnie Was przepraszam! Ostatni tydzień poświęcę nie tyle na pakowanie walizek, ile na nadrabianie zaległości. Może mi się uda :)


Każdy w życiu ma jakieś marzenia. To wspaniałe, bo człowiek bez marzeń jest jak człowiek bez nadziei, a życie bez nadziei to życie bez celu. Marzenia dają nam wiarę i wyznaczają cel. A to wszystko zaczyna się w nas. Dodatkowo gdzieś głęboko w sercach kiełkuje maleńkie ziarenko ideałów, które obiera w naszym życiu istotną rolę. Podświadomie kierujemy się według powołanej przez nas hierarchii wartości. Instynktownie i ja obrałam sobie ową hierarchię, na  której czele stoi miłość, wiara i rodzina. Mam marzenia, mam nadzieję i bliskie mi osoby, które w razie potrzeby staną za mną murem. Mam wszystkie czynniki, które są mi niezbędne do spełnienia moich ambicji. Nie wiem jeszcze, kim chcę w życiu zostać, ale mając taki arsenał możliwości i wsparcia, mogę osiągnąć wszystko. Wiem za to, jaka chcę być → dobra. Chcę kochać i być kochana, chcę nieść pomoc i propagować dobro. Wiem, że nie zmienię całego świata, ale mogę wpłynąć chociaż na środowisko, które mnie otacza. Życie dało mi szansę istnienia, więc chcę tę sposobność wykorzystać najlepiej jak potrafię i w zgodzie i szczęściu współegzystować z innymi.

Jestem osobą wierzącą. Mam nadzieję, która daje mi siłę, codziennie ładując moje baterie wciąż na nowo. Ufność Bogu daje mi życiową energię i przeświadczenie o własnej pewności siebie. Wiem, że moje miejsce jest tu, gdzie aktualnie się znajduję. Nie mam pewności, że wszystko ułoży się po mojej myśli, że spełnią się wszystkie moje zachcianki. Wiem jednak, że cokolwiek by się nie stało, będzie dobrze, bo jeżeli Bóg mi coś zabrał, to tylko po to, aby dać mi więcej.  Wierzę, że to, co robię, jest prawe. Nie chcę zaszkodzić nikomu i niczemu, dlatego jestem myśli, że Bóg wspiera mnie w moich decyzjach i zamiarach. Nie na wszystko mam wpływ, ale chcę decydować o tym, co zależy ode mnie.
Wierzę w moc modlitwy i uważam, że jest ona najsilniejszą możliwością naszego działania, bo gdyby na chrześcijaństwo patrzyć tylko poprzez pryzmat nakazów i zakazów, byłoby ono nie do zniesienia. Mam tę pewność, że niektóre wydarzenia były z góry zaplanowane. Wierzę w przeznaczenie, wierzę, że postawiono na mojej drodze ludzi, których dane było mi spotkać i wierzę, że potowarzyszą mi oni w życiowej wędrówce. Bez nich świat byłby pusty. Dzięki ich obecności szara codzienność nabiera smaku. Dzięki nim mam wspomnienia i z nimi planuję spędzić resztę życia. Oni stanowią zwieńczenie mojego szczęścia. Dla ludzi, których kocham, jestem w stanie poświęcić wiele. "Wierzę, że im bardziej się kocha, tym więcej się czyni, gdyż miłości, która nie jest niczym więcej niż uczuciem, nie mógłbym nawet nazwać miłością" - mówił Jan Paweł II. Tak więc miłość wymaga poświęceń. Sęk w tym, by nie być egoistą i spojrzeć najpierw na potrzeby drugiej osoby. To nie jest łatwe, ale chcę się tego nauczyć! Uważam, że jeżeli kogoś się kocha, to chce się z tą właśnie osobą spędzać czas. Prawdziwa miłość istnieje tu i teraz, ale myśli też o przyszłości. Perspektywa jutra nie zawsze jest łatwa. Drogi ludzi schodzą się i rozchodzą. Często jest to zrządzenie losu, ale niekiedy zależy od świadomych decyzji. Ja wierzę, że będę podejmować mądre decyzje, zgodne z moimi uczuciami. Nie łatwo jest kochać najbliższych... Ludzie, z którymi mieszka się pod jednym dachem nierzadko wprowadzają w zdenerwowanie, wywołują grymas na twarzy, a czasem nawet łzy. Prawda jest taka, że to właśnie ich słowa bolą najbardziej, ponieważ są dla nas najważniejsi. Sztuką jest to dostrzec. Miłość do nich nie jest łatwa, ale z pewnością bezcenna i bezinteresowna. Nawet jeżeli wydaje nam się, że działa tylko w jedną stronę, to mamy rację - tylko nam się wydaje. Miłość - nie ważne jaka - wymaga poświeceń. Wymaga rezygnacji z własnych pragnień, wymaga kłótni, cierpienia, łez, krzyków, obaw, nieprzespanych nocy, bezgranicznego zaufania, gorącej wiary. W zamian za to otrzymamy nieocenione odwzajemnione uczucie.

Tak oto moje wartości zatoczyły krąg. Miłość to Bóg, Bóg to ludzie, a ludzie to miłość.    


Czytaj więcej >
Create your space © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka